RSS
środa, 03 grudnia 2008
Mein Kampf i Obława (cz.2).

Stanisław Tym: ROZMOWY PRZY WYCINANIU LASU.

(Słychać krzyki drwali).
MACUGA
Rany boskie!

BIMBER
Uwaga!!!

ZYZOL
Uciekać!!! Ratuj się!!!

MACUGA
Wali się!

(Gajowy ochrania Ethalię, bo ogromne drzewo majestatycznie wali się na ziemię).
GAJOWY
(Wstaje).
Wszyscy żyją? Pytam, czy wszyscy żyją?

DUNLOP
Ja nie żyję!

GAJOWY
„Ja” to znaczy – kto?

DUNLOP
Ja, znaczy Dunlop.

GAJOWY
A reszta? Czemu reszta milczy?

BIMBER
Reszta jest milczeniem
{RESZTA JEST MILCZENIEM – wtóruje mu echo}

 

Akt drugi

[...]
MACUGA
Ja tam w gazecie czytać nie umiem. Tylko w telewizorze potrafię, jak film dają zagraniczny i jest napisane pod spodem, co mówią, to potrafię.

BIMBER
Bo to wtedy jeszcze i czytają na głośno to, co jest napisane.

MACUGA
Nie gadaj głupstw. Sam czytam.

ZYZOL
Pewnie, że w telewizorze czytają na głośno.

MACUGA
To mi się wydało, znakiem tego. Myślałem, że to ja sam czytam.

ZYZOL
Toś ty, Macuga, analfabeta jest?

MACUGA
A to ja już sam nie wiem. Pokaż no tej gazety.
(Patrzy w tekst).
Psiakrew sobacka! Nie umiem, okazuje się. Byłem pewien, że tak, że umiem, a tu – masz. To jak to ty, Bimber, robisz, że czytasz?

[...]
(Wjeżdża Siekierowy na rowerze).
BIMBER
Dzień dobry, panie Siekierowy. Stało się coś?

SIEKIEROWY
A co się niby miało stać? Nic się nie stało. Co tam nowego...?

ZYZOL
Macuga jest analfabeta, okazało się, panie Siekierowy.

SIEKIEROWY
Co ty gadasz, że analfabeta, jak analfabetów nie ma.

ZYZOL
Jak to? A gdzie są?

SIEKIEROWY
Nie ma. Jak analfabetyzm likwidowali, to razem z nim. I nie ma.

MACUGA
Po mojemu, jak taki analfabetyzm się bierze i likwiduje, to nie jest ważne, że się potem potrafi czytać i pisać, ale najważniejsze, co się czyta i pisze. Ale może głupio gadam.

SIEKIEROWY
Głupio gadasz.

[...] 
(Na białej koszuli Siekierowego zielone ślady farby).
MACUGA
Nie łżyj. Nie bądź ty świnia ostateczna. Pietrasznik myszą śmierdzi – francowaty jesteś. Kiedyś tam u niej był? Gadaj! A zresztą, jak chcesz to i nie gadaj. Idź.

SIEKIEROWY
Trzy dni temu będzie, jak przyjechali, pan Gajowy kazał odprowadzić, drogę pokazać, no... ona potem tam sama została, bo ten jej... polazł gdzieś...

MACUGA
Anielica, psiakrew. Wszystko gangrena.

DUNLOP
Dajcie żyć. O mój Boże.

[...]
DUNLOP
Ogień rozpalę i wody zagrzeję.
(Rozgląda się i upewnia, że został sam, zdejmuje kurtkę i sprawdza koszulę. Widać zielone ślady farby z przodu koszuli. Dunlop nakłada kurtkę).
Idę, nie ma co.

ZYZOL
(spod drzewa)
Gdzie idziesz? Zabronili odchodzić!

DUNLOP
Jakby Macuga pytał, to powiedz, że poszedłem. Że poszedłem do ośrodka zdrowia.

ZYZOL
Chcesz się prześwietlić, czy żebra ci nie pękły?

DUNLOP
Tak, chcę się prześwietlić, czy mi nie pękły.
(Dunlop wychodzi).

ZYZOL
Oj, racja, bo też nieporęczny ten dąb jakiś.

(Macuga wchodzi, trzyma coś na dłoni).
Jakbym go, sukinsyna, złapał, to mordę bym mu skuł na kotlet. Tyle lat! Tyle lat. A taka świnia przyjedzie i wszystko wydusi.

BIMBER
(Wchodzi z kartoflami).
Co się stało?

MACUGA
Oo!

BIMBER
Co to jest?

MACUGA
Bo i poznać trudno. Pęcherz z naszego karpia.

(Bimber wypuścił kartofle).
Cooo? Kto... kto to zrobił?

MACUGA
Idź na brzeg i zobacz te eleganckie niedopałki z filterkami, te kawałeczki mieniącej żyłki, a dookoła złotawa łuska i o... to. To, co zostało, jak go zamordował i wypatroszył.

BIMBER
Nie może być. Chyba dziesięć lat przecież...

MACUGA
Znał nas, każdego po imieniu, wiedział przecież wszystko, co i jak... I takiemu dał się złapać i zabić.

BIMBER
Porządne było karpisko. Ale głupie, widać z tego.

MACUGA
Zamachał mu tam jakimś błyszczącym cudem, a ta głupota, nieprzyzwyczajony do takich, ryja otworzył i po nim.

BIMBER
Kanalia. Czekaj. Daj no siekiery.

MACUGA
Po co?

BIMBER
Pójdę, tam oni wszyscy obiad z tymi... tymi ekspertami jedzą. To i ten tam będzie z tą swoją. A ja wezmę i ostrym rogiem dunlopy im przetnę, a światełka i resztę potłukę. Daj!

MACUGA
Po co tak?

BIMBER
A z zemsty, za niego. Daj!

MACUGA
Pofolguj, Bimber. Żal, ja wiem, ale odpuść.

BIMBER
A co tam. Daj siekierę!

MACUGA
Nie ma.

BIMBER
Jest. Przecież nasza jest. Gdzie zakopana?

MACUGA
Nie śpiesz się. Jeszcze czas. Co ty go będziesz karał? Sam on się ukarze. Za dobrze się poczuje, za pewnie. Kółko mu się urwie albo sam gdzie z drogi wypadnie, bo myśli, że taka ona szeroka zawsze będzie i dla niego ta droga...

BIMBER
Kiedy...?

MACUGA
Nie twoja rzecz, nie moja. Nie nasza. Nasza rzecz – nasze robić. Chodź. Wrzucimy go do wody.

BIMBER
Do wody?

MACUGA
A gdzie? Niech wraca, skąd się wziął. Okonie będą miały bal.

KONIEC

 

19:18, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 grudnia 2008
Obława! (cz.1)

Hey, “teachers”,
leave the kids alone!

wg Pink Floyd:
“The Wall”

 Jacek Kaczmarski: Obława (1974) 

(wg W. Wysockiego) 

Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał
I spały małe wilczki dwa - zupełnie ślepe jeszcze
Wtem stary wilk przewodnik co życie dobrze znał
Łeb podniósł warknął groźnie aż mną szarpnęły dreszcze
Poczułem nagle wokół siebie nienawistną woń
Woń która tłumi wszelki spokój zrywa wszystkie sny
Z daleka ktoś gdzieś krzyknął nagle krótki rozkaz: goń -
I z czterech stron wypadły na nas cztery gończe psy!

Obława! Obława! Na młode wilki obława!
Te dzikie zapalczywe
W gęstym lesie wychowane!
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa!
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane!

Ten który rzucił na mnie się niewiele szczęścia miał
Bo wypadł prosto mi na kły i krew trysnęła z rany
Gdym teraz - ile w łapach sił - przed siebie prosto rwał
Ujrzałem małe wilczki dwa na strzępy rozszarpane!
Zginęły ślepe, ufne tak puszyste kłębki dwa
Bezradne na tym świecie złym, nie wiedząc kto je zdławił
I zginie także stary wilk choć życie dobrze zna
Bo z trzema naraz walczy psami i z ran trzech naraz krwawi!

Obława! Obława! Na młode wilki obława!
Te dzikie zapalczywe
W gęstym lesie wychowane!
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa!
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane!

Wypadłem na otwartą przestrzeń pianę z pyska tocząc
Lecz tutaj też ze wszystkich stron - zła mnie otacza woń!
A myśliwemu co mnie dojrzał już się śmieją oczy
I ręka pewna, niezawodna podnosi w górę broń!
Rzucam się w bok, na oślep gnam aż ziemia spod łap tryska
I wtedy pada pierwszy strzał co kark mi rozszarpuje
Pędzę, słyszę jak on klnie! Krew mi płynie z pyska
On strzela po raz drugi! Lecz teraz już pudłuje!

Obława! Obława! Na młode wilki obława!
Te dzikie zapalczywe
W gęstym lesie wychowane!
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa!
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane!

Wyrwałem się z obławy tej schowałem w obcy las
Lecz ile szczęścia miałem w tym to każdy chyba przyzna
Leżałem w śniegu jak nieżywy długi długi czas
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna!
Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy
I giną ciągle wilki młode na całym wielkim świecie
Nie dajcie z siebie zedrzeć skór! Brońcie się i wy!
O, bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie!

Obława! Obława! Na młode wilki obława!
Te dzikie zapalczywe
W gęstym lesie wychowane!
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa!
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane!

 

PINK FLOYD - THE WALL (1979)

ANOTHER BRICK IN THE WALL ( part 1 )

Daddy's flown across the ocean
Leaving just a memory
A snap shot in the family album
Daddy what else did you leave for me
Daddy what d'ya leave behind for me
All in all it was just a brick in the wall
All in all it was all just bricks in the wall.

 

THE HAPPIEST DAYS OF OUR LIVES

When we grew up and went to school
There were certain teachers who would
Hurt the children anyway they could.
By pouring their derisions
Upon anything we did
And exposing every weakness
However carefully hidden by the kids.
But in the town it was well known
When they got home at night, their fat and
Psychopathic wives would thrash them
Within inches of their lives.

ANOTHER BRICK IN THE WALL ( part 2 )

We don't need no education
We don't need no thought control
No dark sarcasm in the classroom
Teachers leave the kids alone
Hey teacher leave the kids alone
All in all it's just another brick in the wall
All in all you're just another brick in the wall.

EMPTY SPACES

What shall we use to fill the empty
Spaces where we used to talk
How shall I fill the final places
How shall I complete the wall.

PINK FLOYD -THE FINAL CUT - 1983

THE POST WAR DREAM

Tell me true tell me why was Jesus crucified
Is it for this that daddy died?
Was it for you? Was it me?
Did I watch too much T.V.?
Is that a hint of accusation in your eyes?
If it wasn't for the nips
Being so good at building ships
The yards would still be open on the clyde
And it can't be much fun for them
Beneath the rising sun
With all their kidds committing suicide
What have we done Maggie what have we done
What have we done to England
Should we shout should we scream
"What happened to the post war dream?"
Oh Maggie Maggie what have we done?

THE GUNNERS DREAM

Floating down through the clouds
Memories come rushing up to meet me now
In the space between the heavens
And in the corner of some foreign field
I had a dream
I had a dream
Goodbye Max
Goodbye Ma
After the service when you're walking slowly to the car
And the silver in her hair shines in the cold november air
You hear the tolling bell
And touch the silk in your lapel
And as tear drops rise to meet the comfort of the band
You take her frail hand
And hold on to the dream
A place to stay
Enough to eat
Somewhere old heros shuffle safely down the street
Where you can speak out loud
About your doubts and fears
And what's more no-one ever disappears
You never hear their standard issue kicking in your door
You can relax on both sides of the tracks
And maniaks don't blow holes in bandsmen by remote control
And everyone has recourse to the law
And no one kills the children anymore
And no one kills the children anymore

Night after night
Going round and round my brain
His dream is driving me insane
In the corner of some foreign field
The gunner sleeps tonight
What’s done is done
We cannot just write off his final scene
Take heed of his dream
Take heed

15:29, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Obława! (cz.2)

MARILLION - SCRIPT FOR A JESTER'S TEAR (1983)

FORGOTTEN SONS

Armalite , street lights, nightsights
Searching the roofs for a sniper, viper fighter
Death in the shadows he'll maim you, wound you, kill you
for a long forgotten cause, on not so foreign shores,
boys baptised in wars.
Morphine, chill stream, bad dream
Serving as numbers on dogtags, flakrags, sandbags
Your friend has married your best friend, loves end, poison pen
Your flesh will always creep, tossing turning sloop
The wounds that burn so deep.
Your mother sits on the edge of the world
when the cameras start to roll
Panoramic viewpoints ressurect the killing fold
Your father drains another beer he's one of the few that cares
Crawling behind a saracen's hull
from the safety of his living room chair -
Forgotten Sons, Forgotten Sons, Forgotten Sons.

And so I patrol the valley of the shadow of the Tricolor
I must fear evil for I am but mortal and mortals can only die
asking questions, pleading answers from the nameless
faceless watchers that stalk the carpeted corridors of Whitehall
Who order desecration, mutilation, verbal masturbation
in their guarded bureaucratic wombs


Minister, Minister care for your children, order them not
into damnation to eliminate those who would trespass
against you, for whose is the kingdom and the power and the
glory, forever and ever... Amen
Amen, Amen, Amen, Amen, Amen.
Halt! who goes there? ...death,
...approach friend

You're just another coffin on its way down the emerald aisle
Where the children's stoney glances mourn your death
in a terrorist's smile.
The bomber's arm places fiery gifts on the supermarket shelves,
Alleys sing with shrapnel dance in a temporary hell
Forgotten Sons
From the dolequeue to the regiment a profession in a flash,
but remember Monday's signings when from door to door you dash,
On the news a nation mourns your unknown soldier count the cost,
For a second you'll be famous but labelled posthumous
Forgotten Sons Forgotten Sons
Ring of roses, they all fall down
Peace on earth and mercy mild, Mother Brown has lost her child
Just another Forgotten Son

MARILLION - FUGAZI (1984)

FUGAZI

Vodka intimate, an affair with isolation in a blackheath cell,
Extinguishing the fires in a private hell,
Provoking the heartache to renew the license.
Of a bleeding heart poet in a fragile capsule,
Propping up the crust of the glitter conscience.
Wrappped in the christening shard of a hangover,
baptized in tears from the real, tears from the real...

Drowning in the liquid seas on the picadilly line, rat-race,
scuttling through the damp electric labyrinth.
Caress Ophelia's hand with breaststroke ambition,
The albatross courtship marrytime tradition.

Sheathed with the walkman wear the halo of distortion,
aural contraceptive aborting pregnant conversation.

But she turned the harpoon and it pierced my heart,
she hung herself around my neck.

From the Time-Life guardians in their conscience bubbles,
safe and dry in my sea of troubles.
Nine to Fives, with suitable ties,
While I'm cast adrift as their sideshow, (sideshow),
peepshow, (peepshow), stereo hero,
becalm, bestill, bewitch, drowning, drowning in the real...

The thief of Bagdad hides in Islington now,
praying deportation for his sacred cow.
A legacy of romance from a twilight world,
the dowry of a relative mystery girl.

A Vietnamese flower, a dockland union,
a mistress of release from a magazine's thighs.
This magdalene contracts more than favours,
the feeding hands of western promise hold her by the throat.

A son of the swastika of '45, parading a peroxide standard.
Graffitti disciples conjure testaments of hatred.
Aerosol wands whisper where the searchlights trim the barbed wire
hedges.
This is Brixton chess.

A knight for embankments - folds his newspaper castle,
a creature of habit, begs the boatman's coin,
He'll fade with old soldiers - in the grease stained roll call,
linger with the heartburn of good friday's last supper.

Son watches father scan obituary columns,
in search of absent school friends.
While his generation digests high-fiber ignorance,
cowering behind curtains and the taped up, painted windows.
Decriminalized genocide, provided door to door Belsens.
Pandora's box of holocausts,
gracefully cruising satellite infested heavens,
Waiting, wait..waiting the season of the button,
the penultimate migration,
Radioactive perfumes for the fashionably,
for the terminally insane ... insane

Do you realize,
This world is totally fugazi!

Where are the prophets, where are the visionaries,
where are the poets, to breach the dawn of the sentimental mercenary.

MARILLION - AFRAID OF SUNLIGHT (1995)

KING

How long can you stand
Tightening up
Avoiding the fight
Avoiding the truth
Tighten the smile
Tighten the lie
Will you get what you want

To be cursed with your dreams
I hope for your sake
Something gets in the way

How long can you stand Living under the lens
The kiss of success
The ensuing, all consuming, mess

Message of love
They arrive everyday
People you touch
Wasting away
People you don't know
Give you no choice

And your sick to your stomach
At the sound of your voice
And the shape of your face
And the sound of your name
They send you pictures of yourself
It's someone you don't know
And they call you a genius
Cause you're easier to sell
But the fire in your belly
That gave you the songs
Is suddenly gone
And you feel like a fake
Is that what you want?
I hope for your sake...
You've got what it takes
You've got what it takes
You've got what it takes
To be spoilt to death.

T.LOVE
NIE NIE NIE (2001)
połóż pistolet na stół
i uprzedzenia wyrzuć w kąt
na całym świecie są faszyści
którzy nienawidzą innych rąk
nie nie nie
nie wszystkich możesz zabić
to niemożliwe uwierz mi
nie nie nie 
za dużo możesz stracić
bo takie krótkie są nasze dni
tylko nie mów tego mi
nigdy nie  mów tego mi
tylko nie mów tego mi  że 
nienawidzisz
tylko nie mów tego mi
nigdy nie  mów tego mi
tylko nie mów tego mi  że 
nienawidzisz mnie
więc pomyśl o tym co cię boli 
o wszystkich wojnach które znasz
to najtrudniejsze zawsze jest
powiedzieć nie gdy mówią tak
nie nie nie 
bądź pozytywnym wojownikiem
kiedy na ringu zostajesz sam
tak tak tak
za dużo dzieci nie ma już 
swoich tatusiów i swoich mam
tylko nie mów tego mi...

 

15:26, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 listopada 2008
Krótka rozprawa Plebana i Jankiela z Kubą (cz. 1).

...a nam, Panie, zewsząd nędza. 

Mikołaj Rey:
Krótka rozprawa...

 

Władysław Stanisław Reymont, Chłopi.

 Rozdz. IV:

Była niedziela – cichy, opajęczony i przesłoneczniony dzień wrześniowy.

Na ściernisku, tuż za stodołami, pasł się dzisiaj cały inwentarz Borynowy, a pod brogiem wysokim i pękatym, okrążonym zieloną szczotką żyta, wykruszonego przy układaniu, leżał Kuba, dawał baczenie na inwentarz i uczył pacierza Witka; często pokrzykiwał na niego albo i zasie szturchał biczyskiem, bo chłopak mylił się i latał oczami po sadach.

-Bacz, coć rzekłem, bo to pacierz – upominał poważnie.

-Dyć baczę, Kuba, baczę.

-To czegój ślipiasz po sadach?

-Widzi mi się, co są jeszcze jabłka u Kłębów...

-Zjadłbyś! a sadziłeś je to, co? Powtórz „Wierzę”.

-Wyście też nie wywiedli kuropatwów, a wzieniście całe stado.

-Głupiś! Jabłka są Kłębowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz!

[...]

A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy.

Kuba czekał, aż przedzwonią, ale że nie mógł się doczekać, schował pęk ptaków pod kapotę i rzekł:

-Witek, jak wydzwonią, spędź bydło do obór i przychodź do kościoła.

Ruszył ile mógł rychło, bo kulał srodze, dróżką biegnącą pod ogrodami, a tak zasłaną żółtym liściem topoli, że szedł kieby po szafranowym kilimie.

Plebanja stała naprost kościoła, przedzielona tylko odeń drogą, w głębi wielkiego ogrodu, pełnego jeszcze gruszek zielonych i jabłek rumianych.

Pod gankiem, obrośniętym w poczerwieniałe wino, Kuba zatrzymał się bezradnie, spozierając nieśmiało w okna i sień, powywierane naoścież; a że wejść nie śmiał, cofnął się pod wielki klomb, pełen róż, lewkonij i astrów, od których bił słodki, upajający zapach; stado białych gołębi łaziło po zielonym, omszonym dachu i sfruwało na ganek.

Ksiądz chodził po ogrodzie z brewjarzem w ręku, ale raz wraz potrząsał gruszą to jabłonką, że słychać było ciężkie pacanie owoców o ziemię, pozbierał je w połę sutanny i niósł do domu.

Kuba zastąpił mu drogę i pokornie podjął za kolana.

-Cóż to powiecie? Aha... Kuba Borynowy.

-Juści... dyć parę kuropatków dobrodziejowi przyniosłem.

-Bóg ci zapłać. Choć za mną.

Kuba wszedł ino do sieni i stał przy progu, bo nijak nie śmiał wejść na pokoje, poglądał tyla co przez drzwi otwarte na obrazy wiszące po ścianach i przeżegnał się pobożnie i westchnął, a tak się czuł olśniony temi ślicznościami, że aże łzy miał w oczach i koniecznie chciało mu się zmówić pacierz, jeno że się bojał klęknąć na błyszczącej, śliskiej posadzce, żeby jej nie powalać.

Ale ksiądz zaraz wyszedł z pokojów, dał mu złotówkę i rzekł:

-Bóg ci zapłać, Kuba, dobry z ciebie człowiek i pobożny, bo co niedziela chodzisz do kościoła.

Kuba podjął go za nogi, ale był tak ogłuszony radością, że ani wiedział, kiedy znalazł się na drodze...

-Cie, za te parę ptaszków a tylachna pieniędzy! Dobrodziej kochany! – szeptał, przyglądając się pieniądzowi. Nosił ci on nieraz dobrodziejowi różne ptaszki, to zajączka, to grzybków, ale nigdy jeszcze tyla nie dostał; co najwyżej to dziesiątkę albo i to dobre słowo... A dzisiaj... Jezu mój kochany! Całą złotówkę i na pokoje go wołał i tyla dobrości mu powiedział... Jezus! Aże za grdykę go coś ułapiło i łzy same leciały mu z oczów, a w sercu poczuł taką gorącość, jakby mu kto zarzewia nasuł za pazuchę...

-Ino jeden ksiądz uszanuje człowieka, ino on jeden!... Niech ci Bóg da zdrowie i ta Panienka Częstochowska... Dobry z ciebie pan, dobry!... Boć cała wieś i parobki i gospodarze i wszystkie, to ino go kulasem przezywali, a niezgółą, a darmozjadem, a nikto dobrego słowa nigdy nie dał, nikto nie pożałował – chyba ino te koniska albo i te pieski... a przecież rodowy był... gospodarski syn... nie znajda żaden... nie obieżyświat a chrześcijanin prawy, a katolik...

Podnosił głowę coraz wyżej i coraz bardziej, prostował się, jak mógł, i z góry, wyzywająco patrzał na świat, na ludzi wchodzących na smętarz i na te konie, co stały pod murem przy wozach; nadział czapę na skołtunioną głowę i wolno, godnie ruszył do kościoła, jak gospodarz jaki, zatykając ręce za pas i tak zamiatając krzywą nogą, że kurzawa za nim wstawała.

Nie, nie ostał dzisiaj w kruchcie jak zawdy, jak przystało la niego, jeno się mocno jął przepychać przez ciżbę i parł prosto aż przed wielki ołtarz, aż tam, gdzie stawały same gospodarze, gdzie stojał Boryna i wójt sam; kiej stawały te, co nosiły baldach nad dobrodziejem, abo i te, co ze świecami kiej kłonice trzymali straż przy ołtarzu w czasie podniesienia.

Patrzyli na niego ze zdumieniem i zgrozą, a często gęsto usłyszał przykre słowo i odebrał takie spojrzenie, jako ten pies, któren się tam ciśnie, gdzie go nie wołają. Ale Kuba nic sobie z tego dzisiaj nie robił; ściskał w garści pieniądz a duszę miał pełną słodkości i dobroci, jakoby po spowiedzi się czuł abo zasie i lepiej.

Zaczęło się nabożeństwo.

Uklęknął przy samej kracie i śpiewał z innymi, zapatrzony pobożnie w ołtarz, gdzie u góry był Bóg Ojciec, siwy Pan i srogi, rychtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w pośrodku sama Częstochowska w złocistem obleczeniu patrzyła na niego... a wszędy lśniła się pozłota, jarzyły się świece i stały bukiety papierowych czerwonych kwiatów... a ze ścian i z okien kolorowych wychylały się złote obręcze i święte, surowe twarze, i smugi złota, purpury, fioletu niby tęcza padały na jego twarz i głowę, całkiem jakby się unurzał w stawie przed zachodem, kiedy słońce bije w wodę. I poczuł się jakby w niebie w tych ślicznościach, że ruchać się nie śmiał, ino klęczał wpatrzony w czarniawą, słodką, matczyną twarz Częstochowskiej, ino mówił pacierz za pacierzem spieczonemi wargami, a potem ino śpiewał tak żarliwie, tak ze wszystkich sił duszy wierzącej, tak sercem pełnem ekstazy, że jego zaschły, skrzypiący głos rozlegał się najdonośniej.

-Beczycie Kuba kiej ta koza żydowska! – szepnął mu ktoś z boku.

-La Pana Jezusa i tej Panienki... – mruknął, przerywając, bo się kościół uciszył. Ksiądz wszedł na ambonę, i wszyscy zadarli głowy i wpatrywali się w dobrodzieja, któren w białej komży pochylił się nad narodem i czytał ewangelję – a światła i farby biły na niego z okien, że widział się wszystkim, jako ten anioł, płynący po tęczy... Ksiądz mówił długo i tak mocno, że jaki taki westchnął skruszonym sercem, niejednemu łzy pociekły, a któren znów zasie spuszczał oczy i kajał się w sumieniu – obiecywał poprawę... A Kuba patrzał w dobrodzieja, jak w obraz święty, a aż mu dziwno było, że to ten sam dobry pan, co mówił do niego i dał mu złotówkę – bo teraz wyglądał jak archanioł na ognistym wozie brzasków, twarz mu pobladła, oczy ciskały błyskawice, gdy zaczął podnosić głos i wypominać narodowi grzechy wszystkie, a skąpstwo, a pijaństwo, a rozpustę, a czynienie szkód, nieposzanowanie starszych, bezbożność! I wołał wielkim głosem o upamiętanie się, błagał, zaklinał, prosił – aż Kuba nie wytrzymał i jął się trząść w sobie z winy tych wszystkich grzechów, z żalów, ze skruchy i ryknął głośnym płaczem a za nim naród cały: kobiety, gospodarze nawet, że płacz się uczynił w kościele, chlipanie, wycieranie nosów, gdy ksiądz z pokutną modlitwą zwrócił się do ołtarza i padł na kolana. I jęk przeleciał przez kościół, i naród, jak las przygięty wichurą, runął twarzami na podłogę, aż kurz się podniósł i niby obłokiem osłonił te serca skruszone i łzami, westchnieniami, krzykiem wołające do Pana o zmiłowanie.

A potem cichość zapadła, cichość rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zaczęła się suma; organy huczały zgłuszonym, pokornym a głębokim głosem, aż dusza Kuby zamierała z lubości i szczęścia nieopowiedzianego...

A potem głos księdza podnosił się znagła od ołtarza i płynął nad pochylonymi głowami strugą brzmień przenikających i świętych; to dzwonki krótką salwą dźwięczały, to dymy kadzideł biły pachnącymi słupami i niby obłokiem pokrywały klęczących i rozmodlonych, a Kubę napełniały taką rozkoszą, że wzdychał ino, rozkładał ręce, bił się w piersi i zamierał z tej słodkiej niemocy, a szmery modlitw, westchnienia, nagłe wykrzyki i jęki gdzie niegdzie, gorące oddechy, światła, dymy, głos organów – zatapiały go jakoby w świętym śnie, jakoby w zapamiętaniu.

-Jezus! Jezus mój kochany! – szeptał olśniony i nieprzytomny, a złotówkę mocno dzierżył w garści, bo gdy po podniesieniu Jambroży zaczął obchodzić z tacką i pobrzękiwać, by słyszeli, że zbiera na światło, Kuba powstał, rzucił mocno pieniądz i długo, jako że tak czynili gospodarze, wybierał sobie reszty dwadzieścia i sześć groszy.

-Bóg zapłać – usłyszał z lubością.

I kiedy roznosili świece, bo nabożeństwo było z wystawieniem i procesją, Kuba wyciągnął śmiało rękę i, chociaż okrutnie chciało mu się wziąć całą – wzion jednako najmniejszą, ogarek prawie, bo spotkał się z surowym, karcącym wzrokiem Dominikowej, co stała wpodle niego z Jagusią – zapalił ją wnet, bo już i ksiądz ujął monstrancję, obrócił się z nią do ludu, że padli na twarz. Zaintonował pieśń i schodził wolno po stopniach ołtarza w ulicę znagła uczynioną z głów rozśpiewanych, świateł płonących, barw ostrych i głosów jękliwych; procesja ruszyła, organy huknęły potężnie, dzwonki poczęły rytmicznie dzwonić, lud pochwycił wtór i śpiewał jednym ogromnym głosem wiary; a przodem ciżby, w skrętach rozchwianych świateł, migotał srebrny krzyż, kołysały się niesione feretrony całe w tiulach, a w kwiatach i koronach szychowych, a już we drzwiach wielkich, któremi przez obłoki dymów kadzielnych buchało słońce, rozwijały się na wietrze pochylone chorągwie i, niby ptaki purpurowe i zielone, łopotały skrzydłami.

Procesja obchodziła kościół.

Kuba osłaniał dłonią świecę i trzymał się uparcie tuż przy księdzu, nad którym Boryna,  i kowal, i wójt, i Tomek Kłąb nieśli czerwony baldachim, a z pod niego promieniała monstrancja złota i tak była cała w ogniach słońca, że przez środek szklany widać było bladą, przezroczystą Hostję świętą.

Tak był nieprzytomny, że raz wraz się potykał i nadeptywał drugim na nogi.

-Uważaj, niedojdo!

-Pokraka, kulas jeden! – rzucali mu, poszturchując nierzadko.

Nie słyszał nic z tego; śpiew ludu brzmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak fala zda się płynął i bił w słońce blade; dzwony huczały nieustannie spiżowymi ustami, aż trzęsły się lipy i klony, i raz wraz jakiś czerwony liść odrywał się niby ptak spłoszony, spadał na głowy, a wysoko, wysoko nad procesją, nad czubami drzew pochylonych, nad wieżą kościoła krążyło stado gołębi zestraszonych.

A po nabożeństwie naród wysypał się na smętarz przykościelny; wyszedł z innymi Kuba, ale się dzisiaj nie spieszył do domu, chociaż wiedział, że będzie na obiad mięso z tej dorżniętej krowy – nie, postawał, pogadywał ze znajomymi a przysuwał się do swoich gospodarzy, bo i Antek z żoną stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedzielę po sumie zwyczajnie. [...]

Ale że obiad był syty a długi, to i wrychle zapomniał; bo mięso było, była kapusta z grochem, był i rosół z ziemniakami, a na amen postawili niezgorszą miseczkę kaszy jęczmiennej, uprażonej ze słoniną.

Jedli wolno, poważnie i w milczeniu, dopiero kiej nasycili pierwszy głód, jęli pogadywać i smakować w jadle... [...]

Porozchodzili się zaraz, ino Antek ostał się na ganku i medytował, a Kuba wyprowadził konie na koniczysko za stodoły, uwalił się pod brogiem, aby się przespać, ale spać nie mógł, ciążyło mu w żywocie jedzenie a i ta myśl, że gdyby miał jaką strzelbę, toby mógł tyle ustrzelać ptaszków albo i zajączka niektórego, że co niedzielę nosiłby dobrodziejowi.

Kowal strzelbę zrobił, jako to i borowemu zmajstrował taką, że jak strzeli w lesie, to aż we wsi się rozlega!

-Mechanik jucha! Ale pięć rubli trza mu za taką zapłacić! – rozmyślał. –Hale skąd wziąć?... na zimę idzie, kożuch trza kupić, buty też dłużej jak do godów nie wydzierżą... Juści, winne mi są jeszcze dziesięć rubli i dwoje szmat, portki i koszulę... Kożuch choćby i z pięć... Krótki będzie... buciska ze trzy... a to i czapkaby się zdała... a rubla trza zanieść dobrodziejowi na wotywę za ojców... Ścierwa... że i nic nie ostanie!... –Splunął i zaczął z kieszeni lejbiku wybierać okruchy tytoniowe i natrafił na ten pieniądz, o którym był zapomniał w czasie obiadu...

-Jest ci gotowy grosz, jest! – odechciało mu się spać nagle; od karczmy rozlegał się daleki, przecedzony głos muzyki i jakby echa pokrzyków.

-Tańcują se juchy i gorzałę piją i papirosy kurzą! – westchnął i legł znowu na brzuchu i patrzył na spętane konie, że zbiły się w kupę i gryzły po karkach, a rozmyślał, że wieczorem musi i on zajść do karczmy i kupić sobie tytoniu i chociaż popatrzeć na balujących.

Raz wraz oglądał pieniądz i spoglądał na słońce, wysoko było jeszcze i szło dzisiaj tak wolno ku zachodowi, jakby se też krzynkę odpoczywało niedzielnie... A rwało go tak do karczmy, że wydzierżyć nie mógł, przekładał się ino z boku na bok i postękiwał z tęskności...

 

08:18, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Krótka rozprawa Plebana i Jankiela z Kubą (cz.2).

Władysław Stanisław Reymont, Chłopi.

[...]

A karczma stała na końcu wsi, za plebanją, na początku topolowej drogi. [...] Basy huczały jako ten bąk, kiej się wedrze do izby z dworu i lecący huczy... a czasem skrzypka znagła zapiskała ciężko, jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobrzękiwał... ale wnet cichość zaległa.

Kuba poszedł prosto do szynkwasu, za którym siedział Jankiel w jarmułce i w koszuli tylko, bo ciepło było, pogłaskiwał siwą brodę, kiwał się i wyczytywał w książce, przykładając oczy prawie do samych kart.

Kuba się namyślał, przestępował z nogi na nogę, przeliczał pieniądze, podrapywał się po kołtunach i stał tak długo, aż Jankiel spozierał na niego i, nie przestając się kiwać i modlić, brzęknął raz i drugi kieliszkami...

-Półkwaterek ino krzepkiej! – zarządził wreszcie.

Jankiel w milczeniu nalewał i lewą rękę wyciągał po pieniądze...

-W szkło? zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.

-Juści że nie w but!...

Usunął się na sam koniec szynkwasu, wypił pierwszy kieliszek, splunął i jął się rozglądać po karczmie, wypił drugi, przyjrzał się buteleczce pod światło, stuknął nią mocno.

-Dajcie-no drugi i machorki! rzekł śmielej bo błoga ciepłość go przejęła po gorzałce i dziwna moc rozlała mu się po kościach.

-Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?

-Gdzieżby... nowy Rok to?...

-Może dolać araku?

-Ale... nie chwaci... – Przeliczył pieniądze i żałośnie spojrzał na flaszkę araku.

-Poborguję, albo ja to Kuby nie znam!...

-Nie trzeba... kto borguje, ten się z butów zzuje... powiedział ostro.

Mimo to Jankiel postawił przed nim flaszeczkę araku.

Opierał się, już nawet brał się wyjść, ale jucha harak tak zapachniał, że jaże w nosie wierciło, więc się nie zmagał dłużej, jeno wypił, nie medytując.

-Zarobiliście w lesie?... pytał Jankiel cierpliwie.

-Nie w lesie... – ptaszków, com je w sidła chycił, zaniesłem dobrodziejowi sześć i dali mi złotówkę...

-Złotówkę za sześć! Jabym za każdego dał Kubie dziesiątkę.

-Jakże, przeciech kuropatwy to koszerne?... – Zdumiał się.

-Niech Kubę głowa o to nie boli... niech tylko przyniesie dużo, a za każdą dostanie zaraz, do ręki po dziesiątce. Asencję postawię na zgodę, co?..

-I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci!..

-Moje słowo, nie na wiatr. A za te sześć... to Kuba miałby nie dwa półkwaterki czystej, a cztery z arakiem, i śledzia, i bułkę, i paczkę machorki... rozumie Kuba?..

-Juści... cztery półkwaterki z arakiem, i śledzia... i... juści, nie bydlem przeciech, to miarkuję... rychtyk prawda! Cztery półkwaterki z harakiem... i machorka i bułków... i całego śledzia... –Mroczyła go już wódka i nieco rozbierała.

-Przyniesie Kuba?

-Cztery półkwaterki... i śledź... i... Przyniesę... Cie, żebym to miał strzelbę... – ozwał się przytomniej i jął znowu obliczać – kożuch na ten przykład z pięć rubli... butyby się zdały... ze trzy ruble... ni, nie chwaci... a kowalby chcieli z pięć rubli za fuzję... tyla co od Rafała... ni... – myślał głośno.

Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu do ucha.

-Zastrzeliłby Kuba sarnę?..

-Ale, z pięści nie zastrzeli, a z fuzji tobym juchę ustrzelił...

-Kuba umie strzelić?..

-Jankiel jest Żyd, to i nie wie, a we wsi wiedzą wszystkie, że chodziłem z dziedzicami do boru, że mi ten kulas przestrzelili... to umieć umiem...

-Ja dam strzelbę, dam proch, dam, co potrzeba... a Kuba, co ustrzeli, przyniesie do mnie! Za sarnę dam całego rubla... słyszy?.. całego rubla! Za proch Kuba zapłaci piętnaście kopiejek od sztuki, odtrącę... A zato, co się fuzja będzie psuć, to Kuba przyniesie ćwiartkę owsa...

-Rubla za sarnę... a niby ja za proch piętnaście... całego rubla! niby jakto!..

Jankiel znowu wyliczał mu szczegółowo...

-Owsa?.. Przeciech koniom od pyska nie odejmę... – to jedno zrozumiał.

-Poco brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej...

-To niby... – wytrzeszczał oczy i kalkulował.

-Wszystkie tak robią! A Kuba myślał, skąd parobcy mają pieniądze?.. każdemu trzeba machorki, a kieliszka wódki, a potańcować w niedzielę! To skąd wziąć?..

-Jakże... złodziej to jestem, parchu jeden, czy co?.. – zagrzmiał nagle, bijąc pięścią w stół, aż kieliszki podskoczyły.

-Co się Kuba rzuci! Niech Kuba płaci i idzie sobie do djabła!..

Ale Kuba nie zapłacił i nie poszedł, nie miał już pieniędzy i winien był Żydowi... to się ino sparł ciężko o szynkwas i jął sennie obliczać, a Jankiel udobruchał się i raz jeszcze nalał mu, ale już czystego araku... i nic nie mówił...

Tymczasem do karczmy napływało coraz więcej ludzi... [...]

[...]

A już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozchodzili do domów [...]

Kuba tylko spał wciąż w popiele tak krzepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek wstać nie chciał, kopał, to grzmocił w powietrze i mruczał:

-Pódźi Żydzie, jak chcę, tak spał będę... gospodarz jestem, to wolę swoją mam, a tyś żółtek i parch!...

Wiadro wody pomogło, że wstał i wytrzeźwiał nieco, jeno ze strachem a zdumieniem słuchał, jako całego rubla przepił – którego winien jest...

-Jakże?... dwa półkwaterki z harakiem... całego śledzia... machorki... i jeszcze dwa półkwaterki... to już cały rubel?... Jakże?... dwa... – majaczyło mu się.

 Jankiel przekonał go w końcu, i porozumieli się co do strzelby, którą Żyd miał mu przywieźć z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem...

Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał.

-Ociec Kubów złodziej nie był – to i syn jego złodziej nie jest.

-Idźcie już sobie, czas spać... a ja mam jeszcze pacierze odmawiać...

-Cie!.. spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia a pacierze mówił będzie... – mruczał, idąc ku domowi, i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla przepił... ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało, to potaczał się ździebko i raz wraz właził na płoty, to na budulec, leżący gdzie niegdzie przed chałupami, i klął...

-Żeby was juchy pokręciło!.. Łajdusy jedne... żeby tak drogę pozastawiać!.. nic jeno się pochlały zbereźniki... a dobrodziej na darmo wypomina... a dobrodziej... – tu się zastanowił długo i miarkował, aż wreszcie chyciło go rozeznanie i żałość taka, aż przystanął, oglądał się dookoła, pochylał, szukając czegoby twardego do ręki... ale zapomniał wnet i chwycił się za kudły i jął się prać po pysku kułakiem i wykrzykiwać:

-Pijanica jesteś i świnia zapowietrzona! Do dobrodzieja cię zawlekę, niech ci wypomni przed całym narodem, żeś pies i pijanica... żeś jako to bydlę abo i gorszy!.. żeś...

I żałość znagła go objęła nad sobą, że przysiadł na drodze i buchnął płaczem.

Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzie niegdzie, zrzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą miotały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzie niegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadanie psów.

 

Rozdz. VII:

-Ale, siedzita i nie wiecie, co się stało! – zawołała wpadając zdyszana, Nastusia Gołębianka, Mateusza siostra.

Podniosły się ciekawe zapytania ze wszystkich stron i wszystkie oczy spoczęły na niej.

-A to młynarzowi ukradli konie!

-Kiedy?

-Ze trzy pacierze temu. Dopiero co Jankiel mówił Mateuszowi.

-Jankiel ta wie wszystko zaraz, a może i nieco przódzi...

-Takie konie, kiej hamany!

-Ze stajni wyprowadziły. Parobek poszedł do młyna po obrok, wraca, a tu już ni koni, ni uprzęży niema, a pies w budzie struty, no!

-Na zimę idzie, to się już różności zaczynają.

-A bo kary na złodziejów niema żadnej... Hale, dużo mu zrobią, wsadzą do kryminału, dadzą jeść, w cieple się wysiedzi, z kolegami wypraktykuje, że kiej go puszczą, to jeszcze lepszy jest złodziej, bo nauczny.

-Gdyby tak mnie konia wyprowadzili, a złapałbym, tobym ubił na miejscu, jak psa wściekłego – wykrzyknął jeden z parobków.

-A bo ino tegoby wartał taki człowiek, bo ino głupie szukają sprawiedliwości we świecie. Kużden ma prawo dochodzić swojej krzywdy.

-Złapać takiego i całą kupą choćby zabić, to i kary niema, bo wszystkich toby karali?

 

 

Rozdz. XI

...A pociecha ino w tem, kiej somsiad z somsiadem się zejdzie i przy kieliszku poredzą, wyżalą się i odpuszczą sobie, co tam jeden drugiemu winowaty – juści, nie to wypasione zboże, ni przeoranie granicy, bo to już sądy wiedzą i świadkowie przytwierdzą, komu krzywda i komu sprawiedliwość, ale to, co tam po sąsiedzku przytrafić się przytrafi – czy kiej gadzine spyszcze w sadzie, czy baby się poswarzą, abo dzieciaki się pobiją, jak to różnie się zdarzy... Dyć wesele od tego, by zawziętość stajała i braterstwo a zgoda rosły między ludźmi!

-Choćby jeno na ten czas weselny, na dzień jeden!

A jutro samo przyjdzie! Hej! nie uciekniesz przed dolą, chyba pod tę świętą ziemię; przyjdzie, za łeb ułapi, jarzmo na kark włoży, biedą popędzi i ciągnij narodzie, a potem i krwią się oblewaj, swego bacz, z garści nie puszczaj ni na to oczymgnienie, byś się pod koła nie zaplątał!

-Na braci Pan Jezus stworzył ludzi a wilkami są la siebie!

-Nie wilkami, nie, to jeno bieda podjudza, kłyśni i jednych na drugich rzuca, że gryzą się jak te psy o gnat objedzony!

-Nie sama bieda, nie, zły to ćmę na naród rzuca, że nie rozeznaje co dobre, a złe!

-Prawda, prawda i dmucha w duszę kiej w to zarzewie przygasłe, aż chciwość, i złość, i wszystkie grzechy rozdmucha!

-Juści, któren głuchy jest na przykazania, ten ochotnie słucha piekielnej muzyki!

-Drzewiej tak nie bywało! Posłuch był, poszanowanie starszych i zgoda!

-I grontu każden miał, co ino mógł obrobić, a pastwisk, a łąk, a boru.

-A o podatkach kto kiedy słyszał?

-Abo drzewo kupował kto?... Jechał do boru i brał, ile komu było potrza, a choćby i tę najlepszą sosnę czy dęba!.. Co było dziedzicowe, było i chłopskie.

-A teraz ni dziedzicowe, ni chłopskie – żydoskie ino, albo i kogo gorszego.

-Ścierwy! Piłem do was, pijcie do mnie! Usadziły się jakby na swojem – pijcie-no, dobre twoje, dobre i moje, by sprawiedliwość we wszystkim była...

-Dziedzice parszywe! W wasze ręce! Gorzałka nie grzech, byle jeno przy godnym sposobie i z bratem, to na zdrowie idzie, krew czyści i choróbska odciąga!

-Jak pić, to już całą kwartę, jak się weselić, to już całą niedzielę. A masz człowieku robotę? – pilno rób, kulasów nie żałuj i szczerze się przykładaj! A zdarzy się na ten przykład okazja, wesele, chrzciny, albo i zemrze się komu – pofolguj sobie, odpoczywaj, obserwuj i uciechę miej! A źle wypadnie – kobieta się zmarnuje, bydlę ci zdechnie, pogorzel przyjdzie – wola Boska, nie przeciwiaj się, bo i cóż chudziaku, poredzisz krzykaniem a płaczem? – nic; spokojności się ino zbędziesz, a nawet to jadło pokrzywą ci się w gębie wyda! – cierp przeto i dufaj w Panajezusowe miłosierdzie... Przyjdzie gorsze, kostucha ułapi cię za grdykę i w ślepie zajrzy – nie próbuj się wypsnąć, nie twoja moc – bo wszystko jest w Boskim ręku...

-Juści, kto tam wymiarkuje, kiej Jezus rzeknie: „Do tela twoje – od tela moje, człowieku”.

-Tak to, tak! Górą, kiej to błyskanie, lecą Boskie przykazy, a nikt, żeby ksiądz, żeby najmądrzejszy ich nie przejrzy przódzi, aż padną na naród ziarnem dojrzałem!

-A ty, człowieku, masz tylko jedno wiedzieć, byś swoje robił i żył, jak przykazania święte nakazują, a przed się nie wyglądał... Pan Jezus wszystkim zasługi szykuje i wypłaci rzetelnie, co ino komu przypadnie...

-Tem ci polski naród stojał – to i tak ma być aż po wieki wieków. Amen!

-A cierpliwością i bramy piekielne przemoże.

Tak sobie pogwarzali, często przepijając, a każdy wypowiadał, co miał na sercu i co dawno ością stało w grdyce!

 

08:15, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 listopada 2008
Hans Christian Andersen (cz.1)

Hans Christian Andersen, Baśnie. (tłum. Stefania Beylin, Jarosław Iwaszkiewicz), PIW, W-wa, 1969.

Nowe szaty cesarza.

Przed wielu laty żył sobie cesarz, który tak bardzo lubił nowe, wspaniałe szaty, że wszystkie pieniądze wydawał na stroje. Nie dbał o swoich żołnierzy, nie zależało mu na teatrze ani na łowach, szło mu tylko o to, by obnosić przed ludźmi coraz to nowe stroje. Na każdą godzinę dnia miał inne ubranie, i tak samo, jak się mówi o królu, że jest na naradzie, mówiono o nim zawsze: „Cesarz jest w garderobie.”

W wielkim mieście, gdzie mieszkał cesarz, było bardzo wesoło; codziennie przyjeżdżało wielu cudzoziemców. Pewnego dnia przybyło tam dwu oszustów, podali się za tkaczy i powiedzieli, że potrafią tkać najpiękniejsze materie, jakie sobie tylko można wymarzyć. Nie tylko barwy i wzór miały być niezwykle piękne, ale także szaty uszyte z tej tkaniny miały cudowną własność: były niewidzialne dla każdego, kto nie nadawał się do swego urzędu albo też był zupełnie głupi.

„To rzeczywiście wspaniałe szaty! – pomyślał cesarz. –Gdybym je miał na sobie, mógłbym się przekonać, którzy ludzie w moim państwie nie nadają się do swoich urzędów; odróżniałbym mądrych od głupich. Tak, ten materiał muszą mi utkać jak najprędzej.” I dał obu oszustom z góry dużo pieniędzy, aby mogli rozpocząć pracę.

Oszuści ustawili warsztaty tkackie, udawali, że pracują, ale nie mieli nic na warsztatach. Zażądali od razu najdroższych jedwabi i najwspanialszego złota; chowali je do własnej kieszeni i pracowali przy pustych warsztatach, i to często do późnej nocy.

„Chciałbym jednak wiedzieć, jak daleko postąpiła robota” – pomyślał cesarz, ale zrobiło mu się nieswojo na myśl, że człowiek głupi albo niezdatny do urzędu, który piastuje, nic nie zobaczy; uspokoił się wprawdzie, że o siebie nie potrzebuje się obawiać, ale postanowił jednak posłać kogoś, aby dowiedzieć się, jak rzeczy stoją. Wszyscy ludzie w mieście wiedzieli, jaką cudowną własność miała mieć ta materia, i wszyscy pragnęli się przekonać, że ich sąsiad jest głupi lub zły.

„Poślę do tkaczy mojego starego, poczciwego ministra – pomyślał cesarz – ten będzie mógł najlepiej ocenić ich pracę, bo ma dużo rozumu i nikt lepiej niż on nie sprawuje swego urzędu.”

I oto stary, poczciwy minister poszedł do sali, gdzie siedzieli dwaj oszuści i pracowali przy pustych warsztatach tkackich. „Boże drogi – pomyślał stary minister i wytrzeszczył oczy – ależ ja nic nie widzę.” Ale głośno nie przyznał się do tego.

Obaj oszuści prosili go, aby łaskawie zbliżył się do nich, i pytali, czy wzór nie jest piękny i barwa wspaniała. Wskazywali przy tym na puste warsztaty i biedny, stary minister otwierał w dalszym ciągu oczy, ale nie mógł nic dostrzec, bo nic tam nie było. „Wielki Boże! – pomyślał. –Czyżbym był głupi? Tego nigdy nie przypuszczałem i nikt nie powinien się o tym dowiedzieć. Czyżbym nie nadawał się do swego urzędu? Nie, nie mogę nikomu powiedzieć, że nie widziałem tkaniny.”

-No i co, nic pan nie mówi? – powiedział jeden z tkaczy.

-O, to jest śliczne, bardzo ładne! – powiedział stary minister i patrzał przez okulary. –Co za wzór i jakie kolory! Tak, powiem cesarzowi, że mi się tkanina niezwykle podoba.

-To nas cieszy – powiedzieli tkacze i wymieniali nazwę barwy oraz objaśniali rysunek wzorów. Stary minister pilnie uważał, aby móc dokładnie powtórzyć wszystko cesarzowi, co też uczynił.

Po czym oszuści zażądali więcej pieniędzy i nowego zapasu jedwabiu i złota, potrzebnego jakoby do dalszej pracy. Ale znów wszystko schowali do kieszeni, a na warsztatach tkackich nie było ani jednej nitki. Pomimo to siedzieli jak przedtem przy pustych warsztatach.

Cesarz posłał wkrótce innego uczciwego urzędnika, aby zobaczył, jak postępuje praca tkaczy i czy tkanina będzie już wkrótce skończona. Powiodło mu się zupełnie tak samo jak ministrowi. Patrzał i patrzał, ale ponieważ nie było nic na warsztatach, nie mógł więc nic zobaczyć.

-Czyż to nie cudowna tkanina? – zapytali obaj oszuści i pokazali mu, objaśniając, wspaniały wzór, który wcale nie istniał.

„Głupi nie jestem – pomyślał posłany człowiek. –A więc chyba nie nadaję się do mego świetnego stanowiska. Byłoby to dość dziwne, ale nie trzeba tego po sobie okazywać.” Pochwalił tkaninę, której nie widział, i zapewnił oszustów, jak bardzo mu się podobają piękne barwy i ładny wzór.

-Tak, to przepiękne – powiedział do cesarza.

Wszyscy ludzie w mieście mówili o wspaniałej tkaninie.

Wreszcie cesarz zapragnął sam zobaczyć materię na warsztacie.

Wybrał się więc z całą gromadą oddanych mu ludzi, wśród których znajdowali się i tamci dwaj dzielni urzędnicy, którzy już tu byli, i zastał sprytnych oszustów pracujących jak najgorliwiej, lecz bez nici i bez osnowy.

-Czyż to nie wspaniałe? – powiedzieli dwaj dostojni urzędnicy. –Niech jego cesarska mość tylko spojrzy, co za wzór, co za barwy! –I pokazywali puste krosna, gdyż myśleli, że wszyscy prócz nich widzą tkaninę.

„Cóż to? – pomyślał cesarz. –Nic nie widzę. To straszne! Czyżbym był głupi? Czy jestem niewart tego, aby być cesarzem? To byłoby najstraszniejsze, co mi się mogło przytrafić.”

-O tak, to jest bardzo piękne – powiedział cesarz – raczę to bardzo pochwalić! – kiwnął z zadowoleniem głową i zaczął oglądać puste krosna, bo nie chciał powiedzieć, że nic nie widzi. Cały orszak, który otaczał cesarza, patrzał i patrzał, ale także nic nie widział, wszyscy jednak mówili tak jak cesarz:

-Tak, to jest bardzo piękne.

I radzili monarsze, aby szaty z tego nowego wspaniałego materiału włożył po raz pierwszy na wielką procesję, która miała się wkrótce odbyć.

-Magnifique, zachwycające, excellent! – powtarzał jeden za drugim, i wszyscy byli niezwykle radzi.

Cesarz ofiarował każdemu z oszustów krzyż do noszenia w dziurce od guzika i nadał każdemu tytuł nadwornego tkacza.

Przez całą noc poprzedzającą procesję oszuści nie spali i szyli szaty przy szesnastu świecach. Ludzie widzieli, jak się śpieszyli, aby wykończyć nowe szaty cesarza. Wykonywali takie ruchy, jakby zdejmowali materiał z krosien, cięli wielkimi nożycami w powietrzu, szyli igłami bez nici i wreszcie powiedzieli:

-Oto szaty gotowe.

Cesarz przyszedł do nich z najdostojniejszymi dworzanami, a dwaj oszuści podnosili ramiona takim ruchem, jakby coś trzymali w ręku, i mówili:

-Oto spodnie, oto frak, a oto płaszcz! –I tak dalej. –Wszystko takie lekkie jak pajęczyna; takie cienkie, że się nic na ciele nie czuje, ale na tym polega cała zaleta tych szat.

-Istotnie – powiedzieli wszyscy dworzanie, ale nie mogli nic zobaczyć, bo przecież nic nie było.

-Może jego cesarska mość raczy łaskawie zdjąć swoje suknie – powiedzieli oszuści – przymierzymy nowe szaty tu przed tym wielkim lustrem!

Cesarz zdjął ubranie, a oszuści udawali, że wkładają na niego różne części nowo uszytych szat. Objęli go wpół tak, jak gdyby coś zawiązywali, niby to tren; cesarz zaś kręcił się i obracał przed lustrem.

-Boże, jak to dobrze leży, jak cesarzowi w tym do twarzy – mówili oszuści. –Jaki wzór, jakie barwy! To wspaniały strój!

-Baldachim, który będą nieść podczas procesji nad jego cesarską mością, czeka przed domem – oznajmił najwyższy mistrz ceremonii.

-Dobrze, jestem gotów – powiedział cesarz. –Czy dobrze leży? –I wykręcił się jeszcze raz przed lustrem, żeby się wydawało, że ogląda swój wspaniały strój.

Dworzanie, którzy mieli nieść tren, schylili się do ziemi i czynili takie ruchy rękami, jakby ów tren podnosili; a potem szli i udawali, że coś niosą w powietrzu; nie ośmielali się okazać, że nic nie widzą.

I tak oto kroczył cesarz w procesji pod wspaniałym baldachimem, a wszyscy ludzie na ulicy i w oknach mówili:

-Boże, jakież te nowe szaty cesarza są piękne! Jaki wspaniały tren, jaki świetny krój.

Nikt nie chciał po sobie pokazać, że nic nie widzi, bo wtedy okazałoby się, że nie nadaje się do swego urzędu albo jest głupi. Żadne szaty cesarza nie cieszyły się takim powodzeniem jak te właśnie.

-Patrzcie, przecież on jest nagi! – zawołało jakieś małe dziecko.

-Boże, słuchajcie głosu niewiniątka – powiedział wtedy jego ojciec i w tłumie jeden zaczął szeptem powtarzać drugiemu to, co dziecko powiedziało.

-On jest nagi, małe dziecko powiedziało, że jest nagi!

-On jest nagi! – zawołał w końcu cały lud. Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: „Muszę wytrzymać do końca procesji.” I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było.

 

Stary Bóg jeszcze żyje.

Było to pewnego niedzielnego poranka. Słońce wpadało jasnymi, gorącymi promieniami do pokoju, przez otwarte okno wchodziło orzeźwiające powietrze, a na dworze pod błękitnym, bożym niebem, na łąkach i polanach pełnych zieleni i kwiatów ćwierkały wesoło ptaszki. Podczas gdy wokół panowała radość i wesele, w domu mieszkały troska i bieda; nawet gospodyni, która zawsze była w dobrym humorze, siedziała tego dnia przy śniadaniu ze spuszczonymi oczami. Wreszcie podniosła się i nie tknąwszy ani kęsa, otarła oczy i poszła w kierunku drzwi.

Wyglądało to tak, jak gdyby nad tym domem ciążyło przekleństwo. W kraju była drożyzna, trudno było o żywność, podatki stawały się coraz bardziej uciążliwe – z roku na rok gospodarstwo upadało i znajdowało się już u progu nędzy. Wszystko to już od dłuższego czasu gnębiło gospodarza, który był zdolnym i uczciwym człowiekiem; teraz zaś wpadał w rozpacz na myśl o przyszłości, a nawet nieraz mówił o tym, że chyba zrobi sobie coś złego i w ten sposób zakończy swój nieszczęsny i beznadziejny żywot. Nie pomagało ani to, co mówiła zawsze pogodna żona, ani świeckie czy duchowne pociechy jego przyjaciół. Stawał się on coraz bardziej milczący i przygnębiony. Nic więc dziwnego, że w końcu i jego nieszczęsna żona utraciła odwagę. Jednak jak się wkrótce dowiemy, jej smutek miał zupełnie inną przyczynę.

Gdy gospodarz spostrzegł, że żona jego też się smuci i że chce wyjść z pokoju, zatrzymał ją i spytał:

-Nie puszczę cię, dopóki nie powiesz, co ci jest.

Ona milczała przez chwilę, potem westchnęła głęboko i powiedziała:

-Ach, kochany mężu, śniło mi się tej nocy, że stary Bóg umarł i wszystkie anioły odprowadzały Go do grobu.

-Jak możesz wierzyć w takie głupstwa i zaprzątać sobie nimi myśli – odpowiedział mąż. –Wiesz przecież, że Bóg nigdy nie umiera.

Wówczas twarz dobrej gospodyni rozjaśniła się z radości i ściskając czule obie ręce męża, wykrzyknęła:

-A więc stary Bóg jeszcze żyje!

-Ależ oczywiście – odpowiedział mąż. –Kto może o tym wątpić?

Wtedy ona objęła go, spojrzała na niego swymi pięknymi oczami, przepełnionymi wiarą, spokojem i radością i powiedziała:

-Ach, kochany mężu! Jeżeli stary Bóg żyje jeszcze, dlaczego nie wierzymy w Niego i nie ufamy Mu. On policzył każdy włos na naszej głowie, ani jeden z nich nie spadnie bez Jego woli, On przystraja lilie polne, On daje pożywienie wróblom, a krukom ich zdobycz.

Na te słowa jakby zasłona spadła z oczu gospodarza i miał takie uczucie, jak gdyby wszystko, co ściskało jego serce, nagle się rozluźniło. Pierwszy raz od długiego czasu uśmiechnął się i podziękował swej pobożnej, zacnej żonie za ten podstęp, dzięki któremu odżyła w nich dawna wiara w Boga i powróciła ufność. Wtedy promienie słońca jeszcze przyjaźniej wpadły do pokoju i oświetliły rozradowanych ludzi; orzeźwiający wietrzyk owiał ich uśmiechnięte twarze, a ptaszki wzniosły jeszcze radośniejszą, bardziej dziękczynną pieśń do Boga.

 

17:36, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Hans Christian Andersen (cz. 2)

Hans Christian Andersen, Baśnie. (tłum. Stefania Beylin, Jarosław Iwaszkiewicz), PIW, W-wa, 1969.

Dzień sądu ostatecznego.

Najświętszym dniem ze wszystkich dni w życiu jest dzień naszej śmierci, jest to dzień sądny, wielki dzień przemiany. Czy myślałeś już kiedyś poważnie o tej potężnej, mądrej, ostatniej godzinie na ziemi?

Był sobie raz człowiek bardzo wierzący, jak mówiono, bojownik o słowo, które mu było prawem, gorliwy sługa surowego Boga. Nad łóżkiem jego stała śmierć, śmierć o surowym i niebiańskim obliczu.

-Nadeszła godzina, musisz iść ze mną! – powiedziała śmierć i dotknęła lodowatymi palcami jego nóg, tak że zdrętwiały; śmierć dotknęła jego czoła, potem serca, które pękło; i dusza poszła za aniołem śmierci.

Ale w ciągu tych niewielu sekund, które minęły pomiędzy dotknięciem jego nóg, czoła i serca, spłynęło na umierającego, jak fala morza, wszystko to, co mu życie przyniosło i co w nim wzbudziło. Jednym spojrzeniem ogarnia się wówczas zawrotne głębie, jedną błyskawicą myśli przebiega się niezmierzoną drogę; jednym spojrzeniem zbiera się sumę niezliczonych gwiazd na niebie, poznaje się kulę ziemską i planety w nieogarnionym wszechświecie.

W takiej chwili drży lękliwy grzesznik, nie ma się na czym oprzeć i jest mu tak, jakby zapadał się w nieskończoną pustkę. Pobożny wznosi swą głowę ku Bogu i oddaje mu się jak dziecko w słowach: „Niech się dzieje wola Twoja!”

Ale ten konający nie miał nic z dziecka, czuł, że jest mężczyzną; nie drżał jak grzesznik, gdyż wiedział, że był naprawdę wierzącym. Trzymał się z całą surowością przepisów religii; wiedział, że miliony muszą kroczyć szeroką drogą ku potępieniu. Mógłby niszczyć ich ciała ogniem i mieczem, aby były tak samo zniszczone jak ich dusze; jego droga wiodła teraz do nieba, gdzie łaska otwierała mu furtkę – obiecana łaska.

Dusza poszła więc z aniołem śmierci, ale raz jeszcze spojrzała na łoże, gdzie spowity w białe prześcieradło leżał obraz z prochu, obce odbicie jego Ja. A potem polecieli. Lecieli i szli – to byli jakby w olbrzymiej sali, a jednocześnie niby w lesie; przyroda była ostrzeżona, uporządkowana, powiązana i uszeregowana; panowała tu sztuka jak w staroświeckich francuskich ogrodach; była to maskarada.

-To jest życie ludzkie – powiedział anioł śmierci.

Wszystkie postacie były mniej lub więcej zamaskowane; nie wszyscy przybrani w aksamit i złoto byli najpotężniejsi; nie wszyscy, którzy nosili szaty ubóstwa, byli najniżsi i najmniej ważni, była to przedziwna maskarada, a najdziwniejsze było, że każdy ukrywał coś starannie w fałdach sukni; ale jeden drugiemu zaglądał w fałdy i wtedy widać było wyłaniające się spomiędzy nich zwierzęce łby. Jeden miał głowę wykrzywionej małpy, inny obrzydliwego kozła, śliskiego węża lub śniętej ryby.

Były to zwierzęta, które my wszyscy nosimy w sobie, zwierzęta zrośnięte z nami, skakały one, podskakiwały, chciały się wydostać, i każdy przytrzymywał mocno zwierzę pod ubraniem, ale byli tacy, co darli suknie na innych i krzyczeli:

-Patrzcie, patrzcie, tak wygląda on, tak wygląda ona! – i jeden obnażał nędzę drugiego.

-A jakie zwierzę było we mnie? – spytała wędrująca dusza. Anioł śmierci wskazał mu dumną postać, która miała naokoło głowy różnobarwną aureolę połyskującą jaskrawymi kolorami, ale w sercu tego człowieka ukryte były nogi zwierzęcia, nogi pawia; aureola nad jego głową była barwnym ogonem ptaka.

A kiedy powędrowali dalej, wielkie ptaki krzyczały szkaradnie z gałęzi drzew; krzyczały wyraźnymi ludzkimi głosami:

-Czy pamiętasz mnie, ty wędrowniku śmierci? – Były to wszystko złe myśli i pożądania jego życia, które do niego wołały: -Czy pamiętasz mnie?

I przez chwilę dreszcz przeniknął duszę, bo dusza znała te głosy i złe myśli, i pożądania, które wystąpiły teraz jako świadkowie.

-W naszym ciele, w naszych złych skłonnościach nie ma nic dobrego – powiedział umarły – ale moje myśli nie przemieniły się w czyny, świat nie oglądał złych plonów. –I pośpieszył jeszcze bardziej, aby oddalić się od wstrętnych okrzyków, ale wielkie, czarne ptaki otoczyły go i krzyczały, krzyczały tak, jak gdyby cały świat miał się o tym dowiedzieć; a on pobiegł jak ścigana łania i przy każdym kroku uderzał się nogą o ostre kamienie, raniły mu one nogi i bolało go to bardzo.

-Skąd się wzięły te ostre kamienie? Leżą tu jak zwiędłe liście na ziemi!

-To są te wszystkie nierozważne słowa, które rzucałeś i które raniły serca o wiele bardziej, niż te kamienie ranią twoje nogi!

-Nie myślałam o tym – powiedziała dusza.

-Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni – rozbrzmiewało w powietrzu.

-Wszyscyśmy grzeszyli – powiedziała dusza i podniosła się znowu. –Trzymałam się zasad Ewangelii i prawa; robiłam, co mogłam; nie jestem taka jak inni!

I oto stali przed bramą niebieską, i anioł-odźwierny spytał:

-Kim jesteś? Powiedz mi, jakiej jesteś wiary i jakich dokonałaś czynów?

-Wypełniałam surowo wszystkie przykazania; byłam pokorna przed oczami świata; nienawidziłam zła i złych, prześladowałam wszystkich, którzy kroczyli szeroką drogą ku wiecznemu potępieniu, i jeszcze teraz, jeżeliby zaszła potrzeba, pragnę walczyć ogniem i mieczem!

-Jesteś więc jednym z wyznawców Mahometa? – spytał anioł.

-Ja? Nie, nigdy!

-„Kto wojuje mieczem, ten od miecza ginie”, powiedział Syn Boży. Nie wyznajesz jego wiary. Może jesteś synem Izraela, który mówi za Mojżeszem: „Oko za oko, ząb za ząb”? Synem Izraela, którego groźny Bóg jest jedynym Bogiem tego narodu.

-Jestem chrześcijaninem!

-Nie poznaję tego po twej wierze i po twoich czynach. Nauka Chrystusa jest pojednaniem, miłością, łaską!

-Łaską! – rozbrzmiało po nieskończenie wielkiej przestrzeni i otworzyła się brama niebios, i dusza poszybowała ku szczęśliwości. Ale światło, które promieniowało stamtąd, było tak oślepiające, tak przenikliwe, że dusza cofnęła się jak przed wyciągniętym mieczem; rozbrzmiały tony tak łagodne, tak chwytające za serce, że żaden ziemski język nie może tego wyrazić, dusza zadrżała i pochyliła się nisko, coraz niżej, ale niebiańska jasność wtargnęła w nią i wówczas poczuła to, czego nigdy przedtem nie czuła: ciężar swej dumy, swej zatwardziałości i grzechu, gdyż uczyniło się jasno w jej wnętrzu.

-To, co robiłam dobrego w życiu, robiłam dlatego, że inaczej nie mogłam; ale zło było we mnie!

Dusza czuła się oślepiona czystym, niebiańskim światłem, upadała, bezsilna, głęboko, wydawało jej się, że zwinęła się w kłębek, niedojrzała dla niebieskich bogactw, nie śmiała zwrócić swych myśli do sprawiedliwego Boga jąkając:

-Łaski!

I oto zjawiła się łaska, nieoczekiwana łaska.

Bóg niebios był w całej nieskończenie wielkiej przestrzeni, miłość Boga przeniknęła ją w niewyczerpanej pełni.

-Duszo ludzka, bądź święta, cudna, pełna miłości i wieczna! – brzmiały i śpiewały głosy niewidzialne dookoła.

My wszyscy, wszyscy będziemy w ostatnim dniu naszego ziemskiego życia drżeli tak jak ta dusza przed blaskiem i cudownością Nieba, będziemy, głęboko upokorzeni, pokornie zginali się, a pomimo to będzie nas unosiła jego miłość, jego łaska będzie nas wyprostowywała; wzniesieni na nowe tory, oczyszczeni, szlachetniejsi, lepsi, będziemy się zbliżali coraz bardziej do cudowności światła i pokrzepieni przez nie, wzniesiemy się do wiecznej jasności.

 

O tobie mówi bajka.

Mędrcy starożytni chytrze obmyślili, w jaki sposób można by ludziom mówić prawdę prosto w oczy nie robiąc tego w sposób grubiański. Pokazywali im dziwne lustro, w którym ukazywały się różnego rodzaju zwierzęta i dziwaczne przedmioty. Był to widok zarówno ciekawy, jak budujący. Nazwali to „bajką”. I zależnie od tego, czy zwierzęta zachowywały się głupio, czy też mądrze, ludzie musieli patrząc na nie myśleć przy tym: „To o tobie mówi bajka”. W ten sposób nikt się nie mógł obrazić. Weźmy więc taki przykład:

Były dwie wysokie góry, a na samym szczycie każdej z nich stał zamek. W dolinie biegł pies obwąchując ziemię, tak jakby szukał myszy lub przepiórek; chciał zaspokoić głód. Nagle z jednego zamku zatrąbiono obwieszczając, że czas zasiąść do stołu. Pies pobiegł natychmiast na górę, aby przy okazji się najeść, lecz gdy był już w połowie drogi, przestano tu trąbić, a z drugiego zamku rozległ się głos trąbki. Wtedy pies pomyślał: „Zanim przybiegnę, skończą już jeść, a tam się dopiero teraz zaczyna”. Zbiegł więc na dół i zaczął się wspinać na drugą górę. Wtedy jednak druga trąbka przestała trąbić, a odezwała się ta pierwsza. Pies znów pobiegł w dół, a potem pod górę i tak biegał tam i z powrotem, aż wreszcie ucichły obie trąbki i zakończono posiłek w obu miejscach.

Teraz zgadnij – co starożytni mędrcy mieli na myśli układając tę bajkę i kto jest tym głupcem, który biega aż do zmęczenia, ani tu, ani tam nic nie uzyskawszy.

17:33, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 marca 2008
Czarownice i były katolik (cz.1).

Tym co ‘niełapią’ tematu proponuje przeczytać ‘poniszszy’ tekst który znalazłem na stronie: 

http://polskalokalna.pl/wiadomosci/podkarpackie/news/sa-najwiekszym-postrachem-dla-kleru,1082153

Pierwszy komentarz pojawił się już po 6-ciu minutach, a jaja są tym ‘więkrze’, że komentarz „byłego katolika” jest kilkakrotnie ‘więkrzy’ od komentowanego artykułu, i przekracza dopuszczalną objętość pojedynczego wpisu na tym blogu. Ktoś się napracował, zamiast zamieścić link do tekstu Alfred’a Palla:

http://google.interia.pl/szukaj/?q=Alfred+Palla&s=Szukaj&sg=1

„Dym” z innych komentarzy jest również interesujący, i ODZWIERCIEDLA ogólny obraz społeczeństwa. Wybrana strona jest jedynie „kroplą w morzu” internetowego dymu, gdzie i Wodzirej, i muzyka, i światła są „nasze”. Wydaje się jednak, że czasami próbuje przemówić ktoś z pośród „podpierających ściany”.

Do kompletu pozwoliłem sobie również zamieścić treść komentowanego artykułu, który przedstawia „ugruntowaną” wiedzę w tym temacie: 

Zielarki czyli czarownice

Czwartek, 27 marca (06:48)

Niedawno opinią publiczną na Opolszczyźnie wstrząsnęła informacja, że niektórzy radni miasta Nysa nie chcą się zgodzić na wytyczenie i oznakowanie polsko-czeskiego szlaku "czarownic" jako atrakcji turystycznej. I to mimo że Unia Europejska gotowa byłaby sfinansować takowe przedsięwzięcie. Radni twierdzą, że słowo "czarownica" jest niechrześcijańskie i nie można go promować. Tymczasem szlak ma w rzeczy samej upamiętniać śmierć kilkuset lokalnych zielarek, które zostały zamęczone w okrutny sposób w okolicach miasta, będącego przez wieki własnością biskupów.

Dlaczego mordowano zielarki? Powód jest prosty - każda wiedza jest niebezpieczna, gdy władza jest zacofana. A wiedza zielarek była imponująca.

 Zioła na wszystko

- Wielką moc daje wiedza lekarska, tedy strzeż się mnie i nie próbuj kłamać - obwieścił lekarz, bohater książki "Raz do roku w Skiroławkach" Zbigniewa Nienackiego. Wcześniej, zanim narodziła się współczesna medycyna, taką mocą dysponowały zielarki i znachorki, zwane też szeptuchami lub czmucichami. Ich wiedza była przekazywana ustnie, z "mistrzyni" na uczennicę, najczęściej w żeńskiej linii rodzinnej.

Dziewczynki uczyły się najpierw odróżniać zioła leczące najpopularniejsze choroby, wynikające z niehigienicznego trybu życia, czyli biegunki. Najczęściej leczyły je miętą, czarnymi jagodami, korą brzozową lub dębową. W przeciwnym kierunku (zaparcia) stosowano korę kruszyny. Drugi etap nauki to leczenie chorób skóry. Te wymagały już większej wiedzy, bo wymagały stosowania okładów i maści, do których dodawano wywar z rumianku, nagietka, pokrzywy, rzadziej z cebuli, a ze specyfików pozaziołowych różnego rodzaju glinę (glinki zwierają związki miedzi i aluminium działające ściągająco), czy pajęczynę (zawiera substancje antybiotyczne).

Kolejny etap to bóle, np. zębów i uszu. Zielarki stosowały inhalacje lub płukanki z lulka czarnego, a na uspokojenie podawały gotowany mak, czyli opium. Podobnie działały w śladowych dawkach widłak i czarny bez.

Oczywiście ludność miała także inne zapotrzebowania. Ot, drobny urok trzeba było rzucić, odciąć krowie mleko czy sprowadzić uczucie na wybraną osobę. I kobiety spełniały te zachcianki, dorzucając dla lepszego efektu kilka zaklęć i "napój magiczny".

Pomagały im w tym lubczyk i ruta, zaś do "leczenia" niepożądanych efektów tegoż uczucia krwawnik (do wywoływania poronienia). Rzucone wcześniej uroki odczyniał zaś nieśmiertelny czosnek.

Próba wody lub ognia

Kościół katolicki, "przewodnia siła narodów", zwalczał zielarstwo, bo się na nim kompletnie nie znał. Promował przy tym własne metody kuracji, polegające głównie na puszczaniu krwi. I - jak łatwo domniemywać - były to usługi komercyjne.

Musiała więc konkurencja być szybko eliminowana tym bardziej, że zielarstwem zajmowały się kobiety, którymi kler gardził. Do przydatnych skądinąd zielarek przypięto więc łatkę czarownic.

Najpowszechniejszą metodą wykrywania czarownic była próba wody. Wrzucano nieszczęśnicę skutą łańcuchami do rzeki i czekano aż wypłynie. Jeśli nie wypłynęła, uznawana była za niewinną.

Kobiety o większej wyporności potrafiły jednak przeżyć taką próbę. Wtedy zostawały uznawane za wiedźmy i poddawane eliminacji poprzez spalenie. W naszym regionie zachowało się kilka kapliczek, które zostały zbudowane na miejscu spalenia czarownic, jak choćby w Leżajsku, koło niedawno wybudowanego ronda.

Palenia czarownic powszechnie zaprzestano pod koniec XVII w., ale pławienie utrzymało się jeszcze 200 lat dłużej (w 1836 roku utopiono tak mieszkankę wsi Chałupy na Helu).

 Hildegarda z Bingen

Kościół miał jednak pewne zasługi w krzewieniu nowoczesnego zielarstwa. Przykładem może być przeorysza z Bingen, matka Hildegarda (również kobieta), żyjąca w latach 1098 - 1179. Opisała ona ponad 1000 roślin leczniczych, dzięki czemu wiedza na temat zielarstwa stawała się dostępna legalnym "lekarzom".

Problem z Hildegardą polegał jednak na tym, że jej dzieło nie było zbyt często czytane. Kler, zwłaszcza prowincjonalny, nie był powszechnie uczony w piśmie, toteż uzdrawiająca moc ziół nie mogła zostać właściwie wykorzystana.

A wiedza przeoryszy była jak na owe czasy imponująca. Dość powiedzieć, że współczesna, nowoczesna medycyna zna niewiele więcej ziół leczniczych, niż opisanych przez mądrą zakonnicę w dziele "Physica". Dziś w Polsce jest zarejestrowanych ok. 2 tys. preparatów ziołowych.

 Znachorki są wśród nas

Era znachorek nie odeszła w przeszłość. Spotyka się je do dziś i to nie tylko w postaci wróżek rozkładających karty tarota. Jeden z podkarpackich weterynarzy spotkał taką w okolicach Przeworska kilka lat temu, na przełomie wieków.

Ponieważ współczesna medycyna nie mogła sobie poradzić z wyleczeniem zdychającej krowy, właścicielka zwierzęcia posłała po znachorkę. Ta obejrzała zwierzę i orzekła: "jeśli popiół będzie pływał, krowa przeżyje, jeśli zatonie, zwierzę zdechnie. Dajcie wiadro wody i gorący popiół".

Popiół zatonął, a krowa padła. Czary? Niekoniecznie. Gorący popiół tonie, zimny nie. Można sprawdzić. Tyle że trzeba znać podstawowe prawa fizyki. A tego inkwizytorzy pojąć nie potrafili. Podobnie, jak niektórzy współcześni radni.

MIROSŁAW BRZEZIŃSKI

 

Komentarze (wybrane):

( 2008-03-27 06:54) ~Punia

A ja to się boję kominiarza...

( 2008-03-27 10:35) ~były katolik

a jaja są tym więkrze że tzw czarownice są wsród katolików - niewierzycie ?? - to powiedcie mi co robi kult królowej niebios w kosciele katolickim ????
Tym co niełapią tematu proponuje przeczytać poniszszy tekst który znalazłem na jednej z protestanckich stron, a klechy tak obrzucają błotem protestantów....

Kult Królowej Niebios
Demoniczne zwierzchności

Księga Daniela mówi, że demoniczny książę, któremu podlegała Persja, miał taką moc na swym terenie, że opóźnił odpowiedź na modlitwę Daniela o trzy tygodnie. Przemogła go dopiero interwencja archanioła Michała, która nastąpiła w rezultacie postu Daniela (Dn. 10). Pokazuje to, że terytorialne zwierzchności dysponują ogromną mocą. Pokazuje też, że modlitwa i post mogą skutecznie wiązać ich działalność.

Biblia wspomina o kilku miejscach poświęconych kananejskiemu bożkowi Baalowi np. Baal-Peor, Baal-Gad, Baal-Hermon. Ich etymologia wskazuje, że Baal był uważany za pana tych miejsc. Wierzono, że od niego zależy obfitość zbiorów i pomyślność. Ludzie starali się pozyskać jego przychylność ofiarami i rytuałami. Biblia, oprócz Baala (Lb. 22:41) wymienia z imienia między innymi takie zwierzchności jak: Dagon (Sdz. 16:23), Moloch (Kpł. 20:2), Królowa Niebios (Jer. 44:17-25; Dz. 19:27-35). Niektóre posiadały ogromny wpływ nad dużymi terytoriami przez długie okresy czasu. Trudno rozumieć Biblię nie wiedząc nic o tych duchowych zwierzchnościach. Bóg ukazany jest w Starym Testamencie jako zazdrosny o ludzi, którzy czcili te bożki, nazywając to duchowym "nierządem" (Sdz. 8:33; 1Krl. 15:12; Ez. 20:30), ale nie kwestionując ich istnienia. Biblia traktuje je jako żywe istoty, a nie jedynie archetypy czy symbole zła. Starożytni byli pragmatykami. Składali ofiary bożkom, bo wiedzieli, że przez to wpływają na sferę niewidzialną, a przez nią na swoją rzeczywistość. O skuteczności tych ofiar świadczy rezultat pewnej wojny Izraela z Moabem. "Król Moabu zobaczył, że musi w tej walce ulec, zebrał wokół siebie siedmiuset mężów zdatnych jeszcze do boju, aby przedostać się do króla Edomu, lecz nie zdołali. Wtedy wziął swego syna pierworodnego, który miał objąć po nim panowanie, i złożył go na całopalenie na murze. Wskutek tego powstało wielkie wzburzenie przeciwko Izraelitom, tak iż musieli od niego odstąpić i powrócić do swojej ziemi." (2Krl. 3:26-27).
19:41, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Czarownice i były katolik (cz.2).
 

Izraelici zdecydowanie przeważali w boju, dopóki król Moabu nie ofiarował Kemoszowi, bożkowi tego państwa, swego syna, a zarazem następcę tronu. Ta ofiara tak wzmocniła supremację Kemosza na tym terenie, że wojska izraelskie musiały umykać. Podobnie postąpiono w Jerychu, aby złamać klątwę Jozuego (Joz. 6:26; 1Krl. 16:34). Ofiary składane bożkom były ofiarami składanymi demonom (1Kor. 10:20). W zamian za oddawanie im czci udzielały swego patronatu. W ten sposób powstawały pakty z bóstwami, za którymi kryły się demoniczne zwierzchności. Najstarsze pakty powstały na Wschodzie. Czy jest przypadkiem, że właśnie tam żyje większość ludzi, którzy nie słyszeli jeszcze Ewangelii? Pas między 10 a 40 stopniem geograficznym na północ od równika, obejmujący Afrykę oraz Bliski i Daleki Wschód misjolodzy nazywają (ze względu na kształt) "Oknem 10/40". Ten region zamieszkuje 80% najbiedniejszych ludzi świata i 97% z tych, którzy nie słyszeli jeszcze Ewangelii. Czy jest to tylko zbieg okoliczności, że stanowi on kolebkę największych niebiblijnych systemów religijnych Do najpotężniejszych należały ofiary krwawe. Im ofiarowane zwierzę było bliższe człowiekowi, tym więcej niosło duchowej mocy; najwięcej zaś ludzka ofiara, szczególnie z pierworodnego, a jeszcze więcej z następcy tronu.

Bóg oczywiście nie pozwalał na ofiary z ludzi. On sam jednak poniósł w Synu największą ofiarę (J. 3:16). Wyzwoliła ona tyle mocy, że każdy, kto ją przyjmie, otrzyma zbawienie i moc, by przeciwstawić się diabłu i grzechowi. Duchowe praktyki ludzi, pozwalają Bogu lub Szatanowi wywierać wpływ na ich życie i na losy obszaru, który zamieszkują. Rytuały i ofiary składane istotom innym niż Jezus Chrystus umacniają autorytet królestwa ciemności. Natomiast modlitwa, post, składanie siebie w ofierze Bogu rozszerza panowanie Jezusa Chrystusa. Okultyzm i większość religii obfituje w ofiary, przysięgi i rytuały. Ich zadaniem jest wiązać człowieka z duchowymi mocami, przydając mocy królestwu ciemności (słowo "religia" pochodzi z łacińskiego religere - "wiązać"). Wszystkie religie, poza biblijnym chrześcijaństwem, opierają się na słowie ZRÓB, będąc pasmem aktów, które rzekomo prowadzą do zbawienia, a faktycznie wiążą z duchami fałszywej religijności. Biblijne chrześcijaństwo sprowadza się do osoby Chrystusa i opiera się na słowie ZROBIONE, gdyż Bóg w Jezusie uczynił na Golgocie wszystko, co do naszego zbawienia jest potrzebne. Możemy tylko przyjąć lub odrzucić ten dar.

Uwalnianie od władców ciemności W pierwszych wiekach większość pogan pozyskana została dla chrześcijaństwa za sprawą uzdrowień i egzorcyzmów dokonywanych potęgą większą, niż moc znanych im bożków (Dz. 2:22). W Dziejach Apostolskich często czytamy o konfrontacjach z siłami ciemności. W Samarii, gdzie działał Filip, Piotr i Jan, "duchy nieczyste wychodziły z wielkim krzykiem z wielu, którzy je mieli, wielu też sparaliżowanych i ułomnych zostało uzdrowionych" (Dz. 8:7). Na Cyprze Paweł zwrócił się przeciwko Elymasowi, w którym działał demon czarnoksięstwa (Dz.13:11). W Filippi skonfrontował ducha wróżbiarstwa - Pytona (Dz. 16:18). Doświadczenia Pawła na Cyprze, w Filippi, Atenach i Koryncie przygotowały go do duchowego boju w Efezie. W liście do Koryntian napisał, że w Efezie walczył z bestiami, nie na sposób ludzki (1Kor. 15:32). Mówiąc o bestiach, nie mógł mieć na myśli zwierząt, skoro nie chodziło o walkę "na sposób ludzki". Użył metafory dla duchowego boju, jaki stoczył w Efezie. Nie jest przypadkiem, że właśnie w Liście do Efezjan, apostoł Paweł podkreśla, że "bój toczymy nie z krwią i z ciałem, lecz z nadziemskimi władzami, ze zwierzchnościami, z władcami tego świata ciemności" (Ef.6:12) . Paweł musiał je tam mocno związać, bo potem przez całe dwa lata zbierał w Efezie żniwo, tak było obfite. Biblia mówi: "I działo się to przez dwa lata, tak że wszyscy mieszkańcy Azji, Żydzi i Grecy, mogli usłyszeć Słowo Pańskie. Niezwykłe też cuda czynił Bóg przez ręce Pawła." (Dz. 19:10-11). Batalia o okolice Efezu nie została zakończona, gdy powstał tam kościół. Efez był duchową bramą na Azję Mniejszą, a nad tym obszarem dominowała Diana Efeska - duch zwany też " Królową Niebios", "Królową Wszechświata", "Zbawicielką", "Gwiazdą Zaranną", "Madonną" i "Dziewicą". Poświęcona jej świątynia była jedną z najpiękniejszych budowli starożytności. Zaliczano ją do siedmiu cudów świata. Wspierało ją 127 kolumn, 27 m wysokich. Każda z nich była darem innego króla. Ilustruje to, jak wielki był zasięg kultu Królowej Niebios w starożytności. W świątyni znajdował się posąg Diany. Jego repliki wyrabiano w Efezie i sprzedawano w ogromnych ilościach licznym pielgrzymom. Był to tak kwitnący biznes, że gdy apostoł Paweł próbował odwieść mieszkańców Efezu od kultu Królowej Niebios, spotkał się z protestem ze strony tych, którzy czerpali stad korzyści (Dz. 19:23-28). Posąg ten, jak wierzyli starożytni, spadł z nieba. Co ciekawe, Jezus powiedział o Szatanie: "Widziałem, jak szatan, niby błyskawica, spadł z nieba" (Lk. 10:31). Apokalipsa opisuje jego upadek podobnymi słowami: "I zrzucony został ogromny smok, wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat; zrzucony został na ziemię" ( Ap.12:9).

Szatana reprezentuje w literaturze okultystycznej Wenus, bo imię Lucyfer znaczy "gwiazda zaranna" (czyli Wenus). W językach semickich brzmiało ono "Asztar", " Isztar", " Asztarte". Intrygujące jest to, że w naszych czasach "Asztar" znany jest zwolennikom UFO jako przywódca flotylli "statków kosmicznych", który utrzymuje kontakt z niektórymi mediami za pośrednictwem trans komunikacji. Sugeruje to, że coraz liczniejsze objawienia UFO i Królowej Niebios mają to samo źródło. Apostoł Paweł osłabił wpływ Królowej Niebios w Azji Mniejszej, ale czas bezpośredniej konfrontacji z tą demoniczną zwierzchnością nadszedł dopiero później. Profesor Ramsay MacMullen z Yale University cytuje w swej książce Christianizing the Roman Empire, A.D. 100-400, wczesnochrześcijańskie dokumenty, które sprawozdają, że apostoł Jan na polecenie Ducha Świętego wszedł do wnętrza świątyni Diany, aby w imieniu Chrystusa powalić rezydującą tam moc.

- Boże, na imię którego umyka każdy bożek, demon i nieczysta moc: niech demon tego miejsca ucieknie na twoje imię - głośno modlił się w świątyni apostoł Jan. Kiedy wypowiedział te słowa, ołtarz Diany rozpadł się na wiele kawałków, a połowa świątyni runęła. Efezjanie byli pod takim wrażeniem, że jedni upadli, inni uciekli, a większość oddała chwałę prawdziwemu Bogu, krzycząc, że poza Nim nie ma innego. Demony, które kryły się za starożytnymi bóstwami nie zniknęły z powierzchni ziemi wraz z czczącymi je narodami. Jak napisał Salomon "To, co było, znowu będzie, a co się stało, znowu się stanie: nie ma niczego nowego pod słońcem" ( Koh.1:9).  W kilka wieków po śmierci apostołów, w średniowieczu, kiedy chrześcijaństwo uległo spoganizowaniu, kult Królowej Niebios odżył pod nowym imieniem. Na terenie dawnej świątyni Diany Efeskiej wzniesiono kościół Najświętszej Marii Panny.

Królowa Niebios

W starożytności Królową Niebios czczono pod różnymi imionami (Asztarte, Artemida, Izyda, Isztar, Diana Efeska). Kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową, poganie zaczęli masowo wchodzić do Kościoła wnosząc ze sobą wiele niebiblijnych wierzeń. Wśród nich kult Królowej Niebios, który ci nie w pełni nawróceni ludzie, przenieśli na Marię, matkę Pana Jezusa. Stary Testament oraz liczne wykopaliska z terenu Bliskiego Wschodu dowodzą ponad wszelką wątpliwość, że kult Królowej Niebios istniał na wiele wieków przed narodzinami Marii. Już w czasach proroka Jeremiasza, a więc w VI wieku przed Chrystusem, Bóg przestrzegał swoich wyznawców przed oddawaniem czci istocie, która przyjmuje postać Królowej Niebios: "Ty zaś nie wstawiaj się za tym narodem, nie zanoś za niego błagań ani modłów, ani też nie nalegaj na
Mnie, bo cię nie wysłucham. Czy nie widzisz, co czynią w miastach Judy i na ulicach Jerozolimy?
Synowie zbierają drewno, ojcowie rozpalają ogień, a kobiety ugniatają ciasto, by robić pieczywo
ofiarne dla "Królowej Nieba", a nadto wylewają ofiary z płynów dla obcych bogów, by Mnie obrażać. Czy Mnie obrażają - wyrocznia Pana - czy raczej siebie samych, na własną hańbę?" ( Jer.7:16-20).

Adorując "Królowę Niebios" ludzie poddają siebie i swój kraj pod władzę zwierzchności, która nosi to imię od czasów starożytnych. Królowa Niebios nie jest Marią, matką Pana Jezusa. Maria była bogobojną niewiastą. Znała dobrze Pismo Święte. Czy prawdziwa Maria pozwoliłaby się nazywać imieniem demonicznej istoty, której kult Bóg potępił ustami swego proroka?! Komu kłaniają się chrześcijanie oddający cześć Królowej Niebios? Kłaniając się jakiemukolwiek stworzeniu oddajemy hołd Szatanowi, zamiast Stwórcy. Lucyfer już w niebie pragnął czci należnej Bogu. Nie inaczej jest na ziemi, dlatego demoniczne zwierzchności przybierają kształt postaci otaczanych czcią przez ludzi. Szatan od początku swego buntu pragnął zająć miejsce Chrystusa. Jeszcze w niebie powiedział:"Wstąpię na szczyty obłoków, zrównam się z Najwyższym" (Iz.14:14). Pragnienie to popycha go do podrabiania wiary chrześcijańskiej, odbierania czci należnej Chrystusowi, wywyższania siebie w Jego miejsce. Dogmat o niepokalanym poczęciu Marii (1854 rok) zrównał Królową Niebios z Jezusem pod względem narodzin, nie bacząc na to, że Pismo Święte ukazuje Jezusa, jako jedynego, który urodził się niepokalany grzechem (Hbr. 4:15; Ps.50:7). Dogmat o wniebowzięciu Marii (1950 rok) głosi, że Królowa Niebios wstąpiła do nieba, tak jak do nieba wstąpił Pan Jezus po swoim zmartwychwstaniu (Dz. 1:9-10). Przypisanie Marii tytułu Orędowniczki (łac. Mediatrix) zrównało Królową Niebios z Jezusem, choć Słowo Boże mówi, że Bóg dał ludziom tylko jednego pośrednika - Jezusa Chrystusa ( 1Tm.2:5). Dogmat, który ma uczynić ją "Królową Wszechświata" zrównuje ją z Jezusem - "Królem królów" (Ap. 19:16), pod którego stopy Bóg złożył cały świat (Ef. 1:22). Trwają przygotowania do zdefiniowania dogmatu o współudziale Marii w odkupieniu ludzkości (łac. Coredemptrix), choć Pismo Święte mówi, że imię Jezusa Chrystusa jest jedynym przez które, ludzie mogą być zbawieni (Dz. 4:12). Dogmatu, który zrównałby Królową Niebios z Chrystusem (nawet gdy idzie o odkupienie ludzkości z grzechów) domaga się zjawa przybierająca postać Marii. Królowa Niebios podczas objawień w Amsterdamie zapowiedziała, że "uwieńczy to dogmat maryjny", nalegając, aby teolodzy uhonorowali jej życzenie, zrównując ją z Chrystusem także w dziele odkupienia ludzkości.

Czy te żądania harmonizują z pokorną, bogobojną Marią, matką Pana Jezusa, czy z zarozumiałą istotą, która pragnie odebrać cześć należną Chrystusowi i zrównać się z Najwyższym? Prześledźmy historię dogmatów maryjnych i odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie: Czy służą one, aby przydać chwałę naszemu Zbawicielowi, Jezusowi Chrystusowi, czy też ją umniejszyć? Czy diabeł może przybrać postać matki Zbawiciela? Biblia mówi, że Szatan potrafi przybrać każdą postać (Mt. 24:24). Apostoł Paweł przestrzegał przed tym, mówiąc: "I nic dziwnego; wszak i szatan przybiera postać anioła światłości. Nic więc nadzwyczajnego, jeśli i słudzy jego przybierają postać sług sprawiedliwości" (2Kor.11:14-15).

Cindy Jacobs, stojąca na czele organizacji zrzeszających chrześcijańskich orędowników, została zaproszona do argentyńskiego miasteczka San Nicholas, gdzie miała prowadzić seminarium na temat walki duchowej dla tamtejszych duchownych. Kościoły w tym mieście od lat przeżywały stagnację lub regres. Dominował tam kult Królowej Niebios. Duch ten objawił się komuś przybierając postać Marii i żądając dla siebie katedry. Miejscowa uboga ludność dzięki swemu poświęceniu i wyrzeczeniu, zbudowała katedrę. Odtąd kult Królowej Niebios przybrał ogromne rozmiary. Niemal każdy dom przystrojony był poświęconymi jej obrazami i figurami. Przywódcy duchowi i polityczni tego miasta, gdy dowiedzieli się, kto stoi za Królową Niebios, pokutowali za grzech bałwochwalstwa. Odżegnali się od tego kultu i od przekleństwa, jaki ściągnął na ich miasto. Obwołali Chrystusa królem swego miasteczka. W ten sposób pozbawili ducha Królowej Niebios legalnego prawa do panowania nad nim. 
19:38, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Czarownice i były katolik (cz.3).
 

- Jak możemy się upewnić, że moc tego ducha została złamana? - ktoś zapytał po wspólnym nabożeństwie.
- Ludzie przestaną go tu czcić i opuści to miejsce - odrzekła Cindy Jacobs.

Dwa tygodnie później, 25 listopada 1994 roku, nagłówek jednej z gazet w San Nicholas głosił "Dziewica przeniosła się do Tucuman". Artykuł informował, że Królowa Niebios objawiła się w domu ubogiego wieśniaka w miasteczku Tucuman. W San Nicholas objawienia ustały. Ludzie czasem argumentują, że Królowa Niebios wysłuchuje i spełnia ich prośby, dlatego się do niej modlą. Podobnego argumentu użyli starożytni Izraelici, którzy również modlili się do niej, oczywiście nie przestając wierzyć w Boga. Nie zdawali sobie sprawy, że ta praktyka ściąga klątwę i zniszczenie na cały kraj, gdyż oznacza kult stworzenia. Jej rezultatem było zniszczenie Jerozolimy, spalenie świątyni i niewola narodu. Kiedy jednak prorok Jeremiasz karcił ich za ten kult, odpowiadali: "- Raczej wprowadzimy w czyn wszystko, co postanowiliśmy sobie: składać ofiary kadzielne Królowej Nieba, składać na jej cześć ofiary płynne, podobnie jak to czyniliśmy my, nasi przodkowie, nasi królowie oraz nasi przywódcy w miastach judzkich i na ulicach Jerozolimy. Wtedy mieliśmy pod dostatkiem chleba, powodziło się nam dobrze i nie spotkało nas nic złego. Od czasu, gdy zaprzestaliśmy składać Królowej Nieba ofiary kadzielne i płynne, cierpimy niedostatek wszystkiego i giniemy od miecza lub głodu...

Jeremiasz rzekł do całego ludu, do mężczyzn, do kobiet i do wszystkich ludzi, którzy dali mu tę odpowiedź:
- Czy Pan nie pamięta już i nie zachowuje w swym sercu ofiar, jakie składaliście w miastach judzkich i na ulicach Jerozolimy, wy, wasi przodkowie, królowie, przywódcy i prosty lud? Pan nie mógł już znieść niegodziwości waszych postępków ani ohydnych czynów, jakie popełniliście. Dlatego kraj wasz został obrócony w pustkowie, stał się przedmiotem klątwy." (Jer.44:17-23).

Demoniczne zwierzchności mogą wpływać na jakość życia ludzi na poddanym sobie terenie. Potrafią ściągać choroby i ułomności (Łk. 13:16; Hi. 2:7), katastrofy naturalne (Hi.1: 16; Mt. 8:23-26), zaślepiać ludzi na Ewangelię (1Kor. 4:4; Ef. 2:2), manipulować przywódcami państwa (1Kor.2:8), ludźmi wierzącymi (Mt. 16:22-23; (1Krn. 21:1; 2Tm. 2:26), przeszkadzać w odpowiedzi na modlitwy (Dn. 10:12-13). Poddając siebie i naród demonicznym zwierzchnościom, aby uchronić się przed nieszczęściami, jak to czynili poganie, ludzie tylko na pozór poprawiają swój los. Faktycznie, zdając się na ich łaskę i niełaskę, tracą protekcję i błogosławieństwo Boże, co tylko pogłębia niewolę. Wiele wskazuje na związek między wizytami emisariusza Czarnej Madonny w Czechach i Polsce w 1996 roku oraz w Rumunii i Polsce w 1999 roku, a katastrofami naturalnymi, jakie spadły na te kraje, gdy zostały one poświęcone Królowej Niebios. Oby było to dla nas ostrzeżeniem przed poddawaniem naszego kraju komukolwiek poza Jezusem Chrystusem.

Klątwy ciążące nad narodami poświęconymi demonicznym zwierzchnościom Miasta i narody, które poświęcają się czy poddają innym istotom niż Pan Jezus, pogrążają się w duchowej ciemności, ponieważ cześć oddawana każdej innej istocie poza Bogiem jest pokłonem wobec Szatana. Rezultatem jest ruina, często nie tylko duchowa, ale i ekonomiczna. Polska wydaje się niefortunną ofiarą tej strategii. W XVI pod względem militarnym, ekonomicznym i kulturowym nasz kraj należał do największych potęg Europy. Polska słynęła z tolerancji. Ludzie prześladowani w innych częściach Europy w naszym kraju mogli żyć i czcić Boga zgodnie z własnym sumieniem. W zamian wnosili swe talenty i etos pracy.

Trzecia część sejmu była wówczas w Polsce protestancka, nie dlatego, żeby procent protestantów był aż tak wysoki, ale dlatego, że katolicka większość nie kierowała się w wyborach bigoterią, lecz kompetencjami kandydatów. W efekcie, XVI stulecie przeszło do historii jako okres największej świetności Polski. Do dziś nazywamy je "złotym wiekiem" polskiej kultury. Poważny wkład mieli w tym protestanci, jak na przykład Mikołaj Rej czy Andrzej Frycz Modrzewski. Sytuacja zmieniła się w XVII wieku. Za sprawą prowadzonej przez jezuitów Kontrreformacji zaczęto z Polski wypędzać innowierców. Tradycja zajęła miejsce Pisma Świętego; kult Królowej Niebios pozycję Zbawiciela; prześladowania zastąpiły tolerancję. Palono polskie Biblie, chrześcijańską literaturę, protestanckie kościoły. Wpływ Słowa Bożego malał, a naród pogrążał się w pijaństwie, korupcji i bigoterii. Kres wolności słowa, myśli i wyznania zaowocował w kolejnym wieku rozbiorami Polski. Jedną z przyczyn upadku polskiej tolerancji było sprowadzenie do naszego kraju jezuitów w 1564 roku. Zakon ten, powołany do zwalczania Reformacji, kierował się maksymą: "Cel uświęca środki". Zakonnicy przebrani w góralskie guńki podjudzali prosty lud w Krakowie, aby znieważać i burzyć niekatolickie kościoły chrześcijańskie i palić Biblie. Wysyłali swe "bojówki" do innych polskich miast, aby tam dokonywać podobnego rozboju. Jezuici rozwinęli w Polsce swoje szkolnictwo. Początkowo stało ono na niezwykle wysokim poziomie. Z czasem jednak, gdy zabrakło konkurencji ze strony szkół protestanckich, ich szkoły stały się ostoją zacofania. W dużej mierze z nich pochodziła zaściankowa szlachta, która swoim liberum veto blokowała niemal każdą korzystną dla naszej ojczyzny reformę.

Wychowanek jezuitów, kontrreformacyjnie nastawiony król Zygmunt III Waza , przeniósł w 1596 roku stolicę, a w 1611 dwór z "zarażonej" protestantyzmem Małopolski do Warszawy. Zanikowi tolerancji religijnej towarzyszył stopniowy upadek gospodarczo-militarny kraju. W 1612 roku skapitulowała polska załoga na Kremlu, w 1618 straciliśmy Smoleńsk, w 1621 Rygę i Inflanty, w 1648 Zaporoże, w 1667 lewobrzeżną Ukrainę, a w 1657 roku zwierzchność nad Prusami Książęcymi. Zastanawia fakt, że największa dekadencja przypada na czas, gdy król polski Jan II Kazimierz (1648-68) ogłosił Królową Niebios "Królową Polski". Historyk katolicki Malachi Martin napisał, że zawarty z nią pakt "nigdy nie został odwołany, ani odrzucony przez naród polski, rząd polski, katolicki czy komunistyczny, od 1655 roku." Odtąd, na Polskę spadły trzy rozbiory, przetoczyły się przez nią dwie światowe wojny, dotknęły ją nazistowskie zbrodnie, stalinowskie czystki i inne plagi.
19:35, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7