RSS
piątek, 28 listopada 2008
Krótka rozprawa Plebana i Jankiela z Kubą (cz. 1).

...a nam, Panie, zewsząd nędza. 

Mikołaj Rey:
Krótka rozprawa...

 

Władysław Stanisław Reymont, Chłopi.

 Rozdz. IV:

Była niedziela – cichy, opajęczony i przesłoneczniony dzień wrześniowy.

Na ściernisku, tuż za stodołami, pasł się dzisiaj cały inwentarz Borynowy, a pod brogiem wysokim i pękatym, okrążonym zieloną szczotką żyta, wykruszonego przy układaniu, leżał Kuba, dawał baczenie na inwentarz i uczył pacierza Witka; często pokrzykiwał na niego albo i zasie szturchał biczyskiem, bo chłopak mylił się i latał oczami po sadach.

-Bacz, coć rzekłem, bo to pacierz – upominał poważnie.

-Dyć baczę, Kuba, baczę.

-To czegój ślipiasz po sadach?

-Widzi mi się, co są jeszcze jabłka u Kłębów...

-Zjadłbyś! a sadziłeś je to, co? Powtórz „Wierzę”.

-Wyście też nie wywiedli kuropatwów, a wzieniście całe stado.

-Głupiś! Jabłka są Kłębowe, a ptaszki Panajezusowe, rozumiesz!

[...]

A dzwony wciąż biły radosnym głosem niedzieli, odpocznienia, modlitwy.

Kuba czekał, aż przedzwonią, ale że nie mógł się doczekać, schował pęk ptaków pod kapotę i rzekł:

-Witek, jak wydzwonią, spędź bydło do obór i przychodź do kościoła.

Ruszył ile mógł rychło, bo kulał srodze, dróżką biegnącą pod ogrodami, a tak zasłaną żółtym liściem topoli, że szedł kieby po szafranowym kilimie.

Plebanja stała naprost kościoła, przedzielona tylko odeń drogą, w głębi wielkiego ogrodu, pełnego jeszcze gruszek zielonych i jabłek rumianych.

Pod gankiem, obrośniętym w poczerwieniałe wino, Kuba zatrzymał się bezradnie, spozierając nieśmiało w okna i sień, powywierane naoścież; a że wejść nie śmiał, cofnął się pod wielki klomb, pełen róż, lewkonij i astrów, od których bił słodki, upajający zapach; stado białych gołębi łaziło po zielonym, omszonym dachu i sfruwało na ganek.

Ksiądz chodził po ogrodzie z brewjarzem w ręku, ale raz wraz potrząsał gruszą to jabłonką, że słychać było ciężkie pacanie owoców o ziemię, pozbierał je w połę sutanny i niósł do domu.

Kuba zastąpił mu drogę i pokornie podjął za kolana.

-Cóż to powiecie? Aha... Kuba Borynowy.

-Juści... dyć parę kuropatków dobrodziejowi przyniosłem.

-Bóg ci zapłać. Choć za mną.

Kuba wszedł ino do sieni i stał przy progu, bo nijak nie śmiał wejść na pokoje, poglądał tyla co przez drzwi otwarte na obrazy wiszące po ścianach i przeżegnał się pobożnie i westchnął, a tak się czuł olśniony temi ślicznościami, że aże łzy miał w oczach i koniecznie chciało mu się zmówić pacierz, jeno że się bojał klęknąć na błyszczącej, śliskiej posadzce, żeby jej nie powalać.

Ale ksiądz zaraz wyszedł z pokojów, dał mu złotówkę i rzekł:

-Bóg ci zapłać, Kuba, dobry z ciebie człowiek i pobożny, bo co niedziela chodzisz do kościoła.

Kuba podjął go za nogi, ale był tak ogłuszony radością, że ani wiedział, kiedy znalazł się na drodze...

-Cie, za te parę ptaszków a tylachna pieniędzy! Dobrodziej kochany! – szeptał, przyglądając się pieniądzowi. Nosił ci on nieraz dobrodziejowi różne ptaszki, to zajączka, to grzybków, ale nigdy jeszcze tyla nie dostał; co najwyżej to dziesiątkę albo i to dobre słowo... A dzisiaj... Jezu mój kochany! Całą złotówkę i na pokoje go wołał i tyla dobrości mu powiedział... Jezus! Aże za grdykę go coś ułapiło i łzy same leciały mu z oczów, a w sercu poczuł taką gorącość, jakby mu kto zarzewia nasuł za pazuchę...

-Ino jeden ksiądz uszanuje człowieka, ino on jeden!... Niech ci Bóg da zdrowie i ta Panienka Częstochowska... Dobry z ciebie pan, dobry!... Boć cała wieś i parobki i gospodarze i wszystkie, to ino go kulasem przezywali, a niezgółą, a darmozjadem, a nikto dobrego słowa nigdy nie dał, nikto nie pożałował – chyba ino te koniska albo i te pieski... a przecież rodowy był... gospodarski syn... nie znajda żaden... nie obieżyświat a chrześcijanin prawy, a katolik...

Podnosił głowę coraz wyżej i coraz bardziej, prostował się, jak mógł, i z góry, wyzywająco patrzał na świat, na ludzi wchodzących na smętarz i na te konie, co stały pod murem przy wozach; nadział czapę na skołtunioną głowę i wolno, godnie ruszył do kościoła, jak gospodarz jaki, zatykając ręce za pas i tak zamiatając krzywą nogą, że kurzawa za nim wstawała.

Nie, nie ostał dzisiaj w kruchcie jak zawdy, jak przystało la niego, jeno się mocno jął przepychać przez ciżbę i parł prosto aż przed wielki ołtarz, aż tam, gdzie stawały same gospodarze, gdzie stojał Boryna i wójt sam; kiej stawały te, co nosiły baldach nad dobrodziejem, abo i te, co ze świecami kiej kłonice trzymali straż przy ołtarzu w czasie podniesienia.

Patrzyli na niego ze zdumieniem i zgrozą, a często gęsto usłyszał przykre słowo i odebrał takie spojrzenie, jako ten pies, któren się tam ciśnie, gdzie go nie wołają. Ale Kuba nic sobie z tego dzisiaj nie robił; ściskał w garści pieniądz a duszę miał pełną słodkości i dobroci, jakoby po spowiedzi się czuł abo zasie i lepiej.

Zaczęło się nabożeństwo.

Uklęknął przy samej kracie i śpiewał z innymi, zapatrzony pobożnie w ołtarz, gdzie u góry był Bóg Ojciec, siwy Pan i srogi, rychtyk podobny do dziedzica z Drzazgowej Woli, a w pośrodku sama Częstochowska w złocistem obleczeniu patrzyła na niego... a wszędy lśniła się pozłota, jarzyły się świece i stały bukiety papierowych czerwonych kwiatów... a ze ścian i z okien kolorowych wychylały się złote obręcze i święte, surowe twarze, i smugi złota, purpury, fioletu niby tęcza padały na jego twarz i głowę, całkiem jakby się unurzał w stawie przed zachodem, kiedy słońce bije w wodę. I poczuł się jakby w niebie w tych ślicznościach, że ruchać się nie śmiał, ino klęczał wpatrzony w czarniawą, słodką, matczyną twarz Częstochowskiej, ino mówił pacierz za pacierzem spieczonemi wargami, a potem ino śpiewał tak żarliwie, tak ze wszystkich sił duszy wierzącej, tak sercem pełnem ekstazy, że jego zaschły, skrzypiący głos rozlegał się najdonośniej.

-Beczycie Kuba kiej ta koza żydowska! – szepnął mu ktoś z boku.

-La Pana Jezusa i tej Panienki... – mruknął, przerywając, bo się kościół uciszył. Ksiądz wszedł na ambonę, i wszyscy zadarli głowy i wpatrywali się w dobrodzieja, któren w białej komży pochylił się nad narodem i czytał ewangelję – a światła i farby biły na niego z okien, że widział się wszystkim, jako ten anioł, płynący po tęczy... Ksiądz mówił długo i tak mocno, że jaki taki westchnął skruszonym sercem, niejednemu łzy pociekły, a któren znów zasie spuszczał oczy i kajał się w sumieniu – obiecywał poprawę... A Kuba patrzał w dobrodzieja, jak w obraz święty, a aż mu dziwno było, że to ten sam dobry pan, co mówił do niego i dał mu złotówkę – bo teraz wyglądał jak archanioł na ognistym wozie brzasków, twarz mu pobladła, oczy ciskały błyskawice, gdy zaczął podnosić głos i wypominać narodowi grzechy wszystkie, a skąpstwo, a pijaństwo, a rozpustę, a czynienie szkód, nieposzanowanie starszych, bezbożność! I wołał wielkim głosem o upamiętanie się, błagał, zaklinał, prosił – aż Kuba nie wytrzymał i jął się trząść w sobie z winy tych wszystkich grzechów, z żalów, ze skruchy i ryknął głośnym płaczem a za nim naród cały: kobiety, gospodarze nawet, że płacz się uczynił w kościele, chlipanie, wycieranie nosów, gdy ksiądz z pokutną modlitwą zwrócił się do ołtarza i padł na kolana. I jęk przeleciał przez kościół, i naród, jak las przygięty wichurą, runął twarzami na podłogę, aż kurz się podniósł i niby obłokiem osłonił te serca skruszone i łzami, westchnieniami, krzykiem wołające do Pana o zmiłowanie.

A potem cichość zapadła, cichość rozmodlenia i serdecznej rozmowy z Panem, bo zaczęła się suma; organy huczały zgłuszonym, pokornym a głębokim głosem, aż dusza Kuby zamierała z lubości i szczęścia nieopowiedzianego...

A potem głos księdza podnosił się znagła od ołtarza i płynął nad pochylonymi głowami strugą brzmień przenikających i świętych; to dzwonki krótką salwą dźwięczały, to dymy kadzideł biły pachnącymi słupami i niby obłokiem pokrywały klęczących i rozmodlonych, a Kubę napełniały taką rozkoszą, że wzdychał ino, rozkładał ręce, bił się w piersi i zamierał z tej słodkiej niemocy, a szmery modlitw, westchnienia, nagłe wykrzyki i jęki gdzie niegdzie, gorące oddechy, światła, dymy, głos organów – zatapiały go jakoby w świętym śnie, jakoby w zapamiętaniu.

-Jezus! Jezus mój kochany! – szeptał olśniony i nieprzytomny, a złotówkę mocno dzierżył w garści, bo gdy po podniesieniu Jambroży zaczął obchodzić z tacką i pobrzękiwać, by słyszeli, że zbiera na światło, Kuba powstał, rzucił mocno pieniądz i długo, jako że tak czynili gospodarze, wybierał sobie reszty dwadzieścia i sześć groszy.

-Bóg zapłać – usłyszał z lubością.

I kiedy roznosili świece, bo nabożeństwo było z wystawieniem i procesją, Kuba wyciągnął śmiało rękę i, chociaż okrutnie chciało mu się wziąć całą – wzion jednako najmniejszą, ogarek prawie, bo spotkał się z surowym, karcącym wzrokiem Dominikowej, co stała wpodle niego z Jagusią – zapalił ją wnet, bo już i ksiądz ujął monstrancję, obrócił się z nią do ludu, że padli na twarz. Zaintonował pieśń i schodził wolno po stopniach ołtarza w ulicę znagła uczynioną z głów rozśpiewanych, świateł płonących, barw ostrych i głosów jękliwych; procesja ruszyła, organy huknęły potężnie, dzwonki poczęły rytmicznie dzwonić, lud pochwycił wtór i śpiewał jednym ogromnym głosem wiary; a przodem ciżby, w skrętach rozchwianych świateł, migotał srebrny krzyż, kołysały się niesione feretrony całe w tiulach, a w kwiatach i koronach szychowych, a już we drzwiach wielkich, któremi przez obłoki dymów kadzielnych buchało słońce, rozwijały się na wietrze pochylone chorągwie i, niby ptaki purpurowe i zielone, łopotały skrzydłami.

Procesja obchodziła kościół.

Kuba osłaniał dłonią świecę i trzymał się uparcie tuż przy księdzu, nad którym Boryna,  i kowal, i wójt, i Tomek Kłąb nieśli czerwony baldachim, a z pod niego promieniała monstrancja złota i tak była cała w ogniach słońca, że przez środek szklany widać było bladą, przezroczystą Hostję świętą.

Tak był nieprzytomny, że raz wraz się potykał i nadeptywał drugim na nogi.

-Uważaj, niedojdo!

-Pokraka, kulas jeden! – rzucali mu, poszturchując nierzadko.

Nie słyszał nic z tego; śpiew ludu brzmiał potężnym głosem, podnosił się jak słup, jak fala zda się płynął i bił w słońce blade; dzwony huczały nieustannie spiżowymi ustami, aż trzęsły się lipy i klony, i raz wraz jakiś czerwony liść odrywał się niby ptak spłoszony, spadał na głowy, a wysoko, wysoko nad procesją, nad czubami drzew pochylonych, nad wieżą kościoła krążyło stado gołębi zestraszonych.

A po nabożeństwie naród wysypał się na smętarz przykościelny; wyszedł z innymi Kuba, ale się dzisiaj nie spieszył do domu, chociaż wiedział, że będzie na obiad mięso z tej dorżniętej krowy – nie, postawał, pogadywał ze znajomymi a przysuwał się do swoich gospodarzy, bo i Antek z żoną stojali w kupie z drugimi i poredzali, jak to w niedzielę po sumie zwyczajnie. [...]

Ale że obiad był syty a długi, to i wrychle zapomniał; bo mięso było, była kapusta z grochem, był i rosół z ziemniakami, a na amen postawili niezgorszą miseczkę kaszy jęczmiennej, uprażonej ze słoniną.

Jedli wolno, poważnie i w milczeniu, dopiero kiej nasycili pierwszy głód, jęli pogadywać i smakować w jadle... [...]

Porozchodzili się zaraz, ino Antek ostał się na ganku i medytował, a Kuba wyprowadził konie na koniczysko za stodoły, uwalił się pod brogiem, aby się przespać, ale spać nie mógł, ciążyło mu w żywocie jedzenie a i ta myśl, że gdyby miał jaką strzelbę, toby mógł tyle ustrzelać ptaszków albo i zajączka niektórego, że co niedzielę nosiłby dobrodziejowi.

Kowal strzelbę zrobił, jako to i borowemu zmajstrował taką, że jak strzeli w lesie, to aż we wsi się rozlega!

-Mechanik jucha! Ale pięć rubli trza mu za taką zapłacić! – rozmyślał. –Hale skąd wziąć?... na zimę idzie, kożuch trza kupić, buty też dłużej jak do godów nie wydzierżą... Juści, winne mi są jeszcze dziesięć rubli i dwoje szmat, portki i koszulę... Kożuch choćby i z pięć... Krótki będzie... buciska ze trzy... a to i czapkaby się zdała... a rubla trza zanieść dobrodziejowi na wotywę za ojców... Ścierwa... że i nic nie ostanie!... –Splunął i zaczął z kieszeni lejbiku wybierać okruchy tytoniowe i natrafił na ten pieniądz, o którym był zapomniał w czasie obiadu...

-Jest ci gotowy grosz, jest! – odechciało mu się spać nagle; od karczmy rozlegał się daleki, przecedzony głos muzyki i jakby echa pokrzyków.

-Tańcują se juchy i gorzałę piją i papirosy kurzą! – westchnął i legł znowu na brzuchu i patrzył na spętane konie, że zbiły się w kupę i gryzły po karkach, a rozmyślał, że wieczorem musi i on zajść do karczmy i kupić sobie tytoniu i chociaż popatrzeć na balujących.

Raz wraz oglądał pieniądz i spoglądał na słońce, wysoko było jeszcze i szło dzisiaj tak wolno ku zachodowi, jakby se też krzynkę odpoczywało niedzielnie... A rwało go tak do karczmy, że wydzierżyć nie mógł, przekładał się ino z boku na bok i postękiwał z tęskności...

 

08:18, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Krótka rozprawa Plebana i Jankiela z Kubą (cz.2).

Władysław Stanisław Reymont, Chłopi.

[...]

A karczma stała na końcu wsi, za plebanją, na początku topolowej drogi. [...] Basy huczały jako ten bąk, kiej się wedrze do izby z dworu i lecący huczy... a czasem skrzypka znagła zapiskała ciężko, jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobrzękiwał... ale wnet cichość zaległa.

Kuba poszedł prosto do szynkwasu, za którym siedział Jankiel w jarmułce i w koszuli tylko, bo ciepło było, pogłaskiwał siwą brodę, kiwał się i wyczytywał w książce, przykładając oczy prawie do samych kart.

Kuba się namyślał, przestępował z nogi na nogę, przeliczał pieniądze, podrapywał się po kołtunach i stał tak długo, aż Jankiel spozierał na niego i, nie przestając się kiwać i modlić, brzęknął raz i drugi kieliszkami...

-Półkwaterek ino krzepkiej! – zarządził wreszcie.

Jankiel w milczeniu nalewał i lewą rękę wyciągał po pieniądze...

-W szkło? zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.

-Juści że nie w but!...

Usunął się na sam koniec szynkwasu, wypił pierwszy kieliszek, splunął i jął się rozglądać po karczmie, wypił drugi, przyjrzał się buteleczce pod światło, stuknął nią mocno.

-Dajcie-no drugi i machorki! rzekł śmielej bo błoga ciepłość go przejęła po gorzałce i dziwna moc rozlała mu się po kościach.

-Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?

-Gdzieżby... nowy Rok to?...

-Może dolać araku?

-Ale... nie chwaci... – Przeliczył pieniądze i żałośnie spojrzał na flaszkę araku.

-Poborguję, albo ja to Kuby nie znam!...

-Nie trzeba... kto borguje, ten się z butów zzuje... powiedział ostro.

Mimo to Jankiel postawił przed nim flaszeczkę araku.

Opierał się, już nawet brał się wyjść, ale jucha harak tak zapachniał, że jaże w nosie wierciło, więc się nie zmagał dłużej, jeno wypił, nie medytując.

-Zarobiliście w lesie?... pytał Jankiel cierpliwie.

-Nie w lesie... – ptaszków, com je w sidła chycił, zaniesłem dobrodziejowi sześć i dali mi złotówkę...

-Złotówkę za sześć! Jabym za każdego dał Kubie dziesiątkę.

-Jakże, przeciech kuropatwy to koszerne?... – Zdumiał się.

-Niech Kubę głowa o to nie boli... niech tylko przyniesie dużo, a za każdą dostanie zaraz, do ręki po dziesiątce. Asencję postawię na zgodę, co?..

-I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci!..

-Moje słowo, nie na wiatr. A za te sześć... to Kuba miałby nie dwa półkwaterki czystej, a cztery z arakiem, i śledzia, i bułkę, i paczkę machorki... rozumie Kuba?..

-Juści... cztery półkwaterki z arakiem, i śledzia... i... juści, nie bydlem przeciech, to miarkuję... rychtyk prawda! Cztery półkwaterki z harakiem... i machorka i bułków... i całego śledzia... –Mroczyła go już wódka i nieco rozbierała.

-Przyniesie Kuba?

-Cztery półkwaterki... i śledź... i... Przyniesę... Cie, żebym to miał strzelbę... – ozwał się przytomniej i jął znowu obliczać – kożuch na ten przykład z pięć rubli... butyby się zdały... ze trzy ruble... ni, nie chwaci... a kowalby chcieli z pięć rubli za fuzję... tyla co od Rafała... ni... – myślał głośno.

Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu do ucha.

-Zastrzeliłby Kuba sarnę?..

-Ale, z pięści nie zastrzeli, a z fuzji tobym juchę ustrzelił...

-Kuba umie strzelić?..

-Jankiel jest Żyd, to i nie wie, a we wsi wiedzą wszystkie, że chodziłem z dziedzicami do boru, że mi ten kulas przestrzelili... to umieć umiem...

-Ja dam strzelbę, dam proch, dam, co potrzeba... a Kuba, co ustrzeli, przyniesie do mnie! Za sarnę dam całego rubla... słyszy?.. całego rubla! Za proch Kuba zapłaci piętnaście kopiejek od sztuki, odtrącę... A zato, co się fuzja będzie psuć, to Kuba przyniesie ćwiartkę owsa...

-Rubla za sarnę... a niby ja za proch piętnaście... całego rubla! niby jakto!..

Jankiel znowu wyliczał mu szczegółowo...

-Owsa?.. Przeciech koniom od pyska nie odejmę... – to jedno zrozumiał.

-Poco brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej...

-To niby... – wytrzeszczał oczy i kalkulował.

-Wszystkie tak robią! A Kuba myślał, skąd parobcy mają pieniądze?.. każdemu trzeba machorki, a kieliszka wódki, a potańcować w niedzielę! To skąd wziąć?..

-Jakże... złodziej to jestem, parchu jeden, czy co?.. – zagrzmiał nagle, bijąc pięścią w stół, aż kieliszki podskoczyły.

-Co się Kuba rzuci! Niech Kuba płaci i idzie sobie do djabła!..

Ale Kuba nie zapłacił i nie poszedł, nie miał już pieniędzy i winien był Żydowi... to się ino sparł ciężko o szynkwas i jął sennie obliczać, a Jankiel udobruchał się i raz jeszcze nalał mu, ale już czystego araku... i nic nie mówił...

Tymczasem do karczmy napływało coraz więcej ludzi... [...]

[...]

A już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozchodzili do domów [...]

Kuba tylko spał wciąż w popiele tak krzepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek wstać nie chciał, kopał, to grzmocił w powietrze i mruczał:

-Pódźi Żydzie, jak chcę, tak spał będę... gospodarz jestem, to wolę swoją mam, a tyś żółtek i parch!...

Wiadro wody pomogło, że wstał i wytrzeźwiał nieco, jeno ze strachem a zdumieniem słuchał, jako całego rubla przepił – którego winien jest...

-Jakże?... dwa półkwaterki z harakiem... całego śledzia... machorki... i jeszcze dwa półkwaterki... to już cały rubel?... Jakże?... dwa... – majaczyło mu się.

 Jankiel przekonał go w końcu, i porozumieli się co do strzelby, którą Żyd miał mu przywieźć z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem...

Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał.

-Ociec Kubów złodziej nie był – to i syn jego złodziej nie jest.

-Idźcie już sobie, czas spać... a ja mam jeszcze pacierze odmawiać...

-Cie!.. spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia a pacierze mówił będzie... – mruczał, idąc ku domowi, i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla przepił... ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało, to potaczał się ździebko i raz wraz właził na płoty, to na budulec, leżący gdzie niegdzie przed chałupami, i klął...

-Żeby was juchy pokręciło!.. Łajdusy jedne... żeby tak drogę pozastawiać!.. nic jeno się pochlały zbereźniki... a dobrodziej na darmo wypomina... a dobrodziej... – tu się zastanowił długo i miarkował, aż wreszcie chyciło go rozeznanie i żałość taka, aż przystanął, oglądał się dookoła, pochylał, szukając czegoby twardego do ręki... ale zapomniał wnet i chwycił się za kudły i jął się prać po pysku kułakiem i wykrzykiwać:

-Pijanica jesteś i świnia zapowietrzona! Do dobrodzieja cię zawlekę, niech ci wypomni przed całym narodem, żeś pies i pijanica... żeś jako to bydlę abo i gorszy!.. żeś...

I żałość znagła go objęła nad sobą, że przysiadł na drodze i buchnął płaczem.

Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzie niegdzie, zrzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą miotały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzie niegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadanie psów.

 

Rozdz. VII:

-Ale, siedzita i nie wiecie, co się stało! – zawołała wpadając zdyszana, Nastusia Gołębianka, Mateusza siostra.

Podniosły się ciekawe zapytania ze wszystkich stron i wszystkie oczy spoczęły na niej.

-A to młynarzowi ukradli konie!

-Kiedy?

-Ze trzy pacierze temu. Dopiero co Jankiel mówił Mateuszowi.

-Jankiel ta wie wszystko zaraz, a może i nieco przódzi...

-Takie konie, kiej hamany!

-Ze stajni wyprowadziły. Parobek poszedł do młyna po obrok, wraca, a tu już ni koni, ni uprzęży niema, a pies w budzie struty, no!

-Na zimę idzie, to się już różności zaczynają.

-A bo kary na złodziejów niema żadnej... Hale, dużo mu zrobią, wsadzą do kryminału, dadzą jeść, w cieple się wysiedzi, z kolegami wypraktykuje, że kiej go puszczą, to jeszcze lepszy jest złodziej, bo nauczny.

-Gdyby tak mnie konia wyprowadzili, a złapałbym, tobym ubił na miejscu, jak psa wściekłego – wykrzyknął jeden z parobków.

-A bo ino tegoby wartał taki człowiek, bo ino głupie szukają sprawiedliwości we świecie. Kużden ma prawo dochodzić swojej krzywdy.

-Złapać takiego i całą kupą choćby zabić, to i kary niema, bo wszystkich toby karali?

 

 

Rozdz. XI

...A pociecha ino w tem, kiej somsiad z somsiadem się zejdzie i przy kieliszku poredzą, wyżalą się i odpuszczą sobie, co tam jeden drugiemu winowaty – juści, nie to wypasione zboże, ni przeoranie granicy, bo to już sądy wiedzą i świadkowie przytwierdzą, komu krzywda i komu sprawiedliwość, ale to, co tam po sąsiedzku przytrafić się przytrafi – czy kiej gadzine spyszcze w sadzie, czy baby się poswarzą, abo dzieciaki się pobiją, jak to różnie się zdarzy... Dyć wesele od tego, by zawziętość stajała i braterstwo a zgoda rosły między ludźmi!

-Choćby jeno na ten czas weselny, na dzień jeden!

A jutro samo przyjdzie! Hej! nie uciekniesz przed dolą, chyba pod tę świętą ziemię; przyjdzie, za łeb ułapi, jarzmo na kark włoży, biedą popędzi i ciągnij narodzie, a potem i krwią się oblewaj, swego bacz, z garści nie puszczaj ni na to oczymgnienie, byś się pod koła nie zaplątał!

-Na braci Pan Jezus stworzył ludzi a wilkami są la siebie!

-Nie wilkami, nie, to jeno bieda podjudza, kłyśni i jednych na drugich rzuca, że gryzą się jak te psy o gnat objedzony!

-Nie sama bieda, nie, zły to ćmę na naród rzuca, że nie rozeznaje co dobre, a złe!

-Prawda, prawda i dmucha w duszę kiej w to zarzewie przygasłe, aż chciwość, i złość, i wszystkie grzechy rozdmucha!

-Juści, któren głuchy jest na przykazania, ten ochotnie słucha piekielnej muzyki!

-Drzewiej tak nie bywało! Posłuch był, poszanowanie starszych i zgoda!

-I grontu każden miał, co ino mógł obrobić, a pastwisk, a łąk, a boru.

-A o podatkach kto kiedy słyszał?

-Abo drzewo kupował kto?... Jechał do boru i brał, ile komu było potrza, a choćby i tę najlepszą sosnę czy dęba!.. Co było dziedzicowe, było i chłopskie.

-A teraz ni dziedzicowe, ni chłopskie – żydoskie ino, albo i kogo gorszego.

-Ścierwy! Piłem do was, pijcie do mnie! Usadziły się jakby na swojem – pijcie-no, dobre twoje, dobre i moje, by sprawiedliwość we wszystkim była...

-Dziedzice parszywe! W wasze ręce! Gorzałka nie grzech, byle jeno przy godnym sposobie i z bratem, to na zdrowie idzie, krew czyści i choróbska odciąga!

-Jak pić, to już całą kwartę, jak się weselić, to już całą niedzielę. A masz człowieku robotę? – pilno rób, kulasów nie żałuj i szczerze się przykładaj! A zdarzy się na ten przykład okazja, wesele, chrzciny, albo i zemrze się komu – pofolguj sobie, odpoczywaj, obserwuj i uciechę miej! A źle wypadnie – kobieta się zmarnuje, bydlę ci zdechnie, pogorzel przyjdzie – wola Boska, nie przeciwiaj się, bo i cóż chudziaku, poredzisz krzykaniem a płaczem? – nic; spokojności się ino zbędziesz, a nawet to jadło pokrzywą ci się w gębie wyda! – cierp przeto i dufaj w Panajezusowe miłosierdzie... Przyjdzie gorsze, kostucha ułapi cię za grdykę i w ślepie zajrzy – nie próbuj się wypsnąć, nie twoja moc – bo wszystko jest w Boskim ręku...

-Juści, kto tam wymiarkuje, kiej Jezus rzeknie: „Do tela twoje – od tela moje, człowieku”.

-Tak to, tak! Górą, kiej to błyskanie, lecą Boskie przykazy, a nikt, żeby ksiądz, żeby najmądrzejszy ich nie przejrzy przódzi, aż padną na naród ziarnem dojrzałem!

-A ty, człowieku, masz tylko jedno wiedzieć, byś swoje robił i żył, jak przykazania święte nakazują, a przed się nie wyglądał... Pan Jezus wszystkim zasługi szykuje i wypłaci rzetelnie, co ino komu przypadnie...

-Tem ci polski naród stojał – to i tak ma być aż po wieki wieków. Amen!

-A cierpliwością i bramy piekielne przemoże.

Tak sobie pogwarzali, często przepijając, a każdy wypowiadał, co miał na sercu i co dawno ością stało w grdyce!

 

08:15, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 listopada 2008
Hans Christian Andersen (cz.1)

Hans Christian Andersen, Baśnie. (tłum. Stefania Beylin, Jarosław Iwaszkiewicz), PIW, W-wa, 1969.

Nowe szaty cesarza.

Przed wielu laty żył sobie cesarz, który tak bardzo lubił nowe, wspaniałe szaty, że wszystkie pieniądze wydawał na stroje. Nie dbał o swoich żołnierzy, nie zależało mu na teatrze ani na łowach, szło mu tylko o to, by obnosić przed ludźmi coraz to nowe stroje. Na każdą godzinę dnia miał inne ubranie, i tak samo, jak się mówi o królu, że jest na naradzie, mówiono o nim zawsze: „Cesarz jest w garderobie.”

W wielkim mieście, gdzie mieszkał cesarz, było bardzo wesoło; codziennie przyjeżdżało wielu cudzoziemców. Pewnego dnia przybyło tam dwu oszustów, podali się za tkaczy i powiedzieli, że potrafią tkać najpiękniejsze materie, jakie sobie tylko można wymarzyć. Nie tylko barwy i wzór miały być niezwykle piękne, ale także szaty uszyte z tej tkaniny miały cudowną własność: były niewidzialne dla każdego, kto nie nadawał się do swego urzędu albo też był zupełnie głupi.

„To rzeczywiście wspaniałe szaty! – pomyślał cesarz. –Gdybym je miał na sobie, mógłbym się przekonać, którzy ludzie w moim państwie nie nadają się do swoich urzędów; odróżniałbym mądrych od głupich. Tak, ten materiał muszą mi utkać jak najprędzej.” I dał obu oszustom z góry dużo pieniędzy, aby mogli rozpocząć pracę.

Oszuści ustawili warsztaty tkackie, udawali, że pracują, ale nie mieli nic na warsztatach. Zażądali od razu najdroższych jedwabi i najwspanialszego złota; chowali je do własnej kieszeni i pracowali przy pustych warsztatach, i to często do późnej nocy.

„Chciałbym jednak wiedzieć, jak daleko postąpiła robota” – pomyślał cesarz, ale zrobiło mu się nieswojo na myśl, że człowiek głupi albo niezdatny do urzędu, który piastuje, nic nie zobaczy; uspokoił się wprawdzie, że o siebie nie potrzebuje się obawiać, ale postanowił jednak posłać kogoś, aby dowiedzieć się, jak rzeczy stoją. Wszyscy ludzie w mieście wiedzieli, jaką cudowną własność miała mieć ta materia, i wszyscy pragnęli się przekonać, że ich sąsiad jest głupi lub zły.

„Poślę do tkaczy mojego starego, poczciwego ministra – pomyślał cesarz – ten będzie mógł najlepiej ocenić ich pracę, bo ma dużo rozumu i nikt lepiej niż on nie sprawuje swego urzędu.”

I oto stary, poczciwy minister poszedł do sali, gdzie siedzieli dwaj oszuści i pracowali przy pustych warsztatach tkackich. „Boże drogi – pomyślał stary minister i wytrzeszczył oczy – ależ ja nic nie widzę.” Ale głośno nie przyznał się do tego.

Obaj oszuści prosili go, aby łaskawie zbliżył się do nich, i pytali, czy wzór nie jest piękny i barwa wspaniała. Wskazywali przy tym na puste warsztaty i biedny, stary minister otwierał w dalszym ciągu oczy, ale nie mógł nic dostrzec, bo nic tam nie było. „Wielki Boże! – pomyślał. –Czyżbym był głupi? Tego nigdy nie przypuszczałem i nikt nie powinien się o tym dowiedzieć. Czyżbym nie nadawał się do swego urzędu? Nie, nie mogę nikomu powiedzieć, że nie widziałem tkaniny.”

-No i co, nic pan nie mówi? – powiedział jeden z tkaczy.

-O, to jest śliczne, bardzo ładne! – powiedział stary minister i patrzał przez okulary. –Co za wzór i jakie kolory! Tak, powiem cesarzowi, że mi się tkanina niezwykle podoba.

-To nas cieszy – powiedzieli tkacze i wymieniali nazwę barwy oraz objaśniali rysunek wzorów. Stary minister pilnie uważał, aby móc dokładnie powtórzyć wszystko cesarzowi, co też uczynił.

Po czym oszuści zażądali więcej pieniędzy i nowego zapasu jedwabiu i złota, potrzebnego jakoby do dalszej pracy. Ale znów wszystko schowali do kieszeni, a na warsztatach tkackich nie było ani jednej nitki. Pomimo to siedzieli jak przedtem przy pustych warsztatach.

Cesarz posłał wkrótce innego uczciwego urzędnika, aby zobaczył, jak postępuje praca tkaczy i czy tkanina będzie już wkrótce skończona. Powiodło mu się zupełnie tak samo jak ministrowi. Patrzał i patrzał, ale ponieważ nie było nic na warsztatach, nie mógł więc nic zobaczyć.

-Czyż to nie cudowna tkanina? – zapytali obaj oszuści i pokazali mu, objaśniając, wspaniały wzór, który wcale nie istniał.

„Głupi nie jestem – pomyślał posłany człowiek. –A więc chyba nie nadaję się do mego świetnego stanowiska. Byłoby to dość dziwne, ale nie trzeba tego po sobie okazywać.” Pochwalił tkaninę, której nie widział, i zapewnił oszustów, jak bardzo mu się podobają piękne barwy i ładny wzór.

-Tak, to przepiękne – powiedział do cesarza.

Wszyscy ludzie w mieście mówili o wspaniałej tkaninie.

Wreszcie cesarz zapragnął sam zobaczyć materię na warsztacie.

Wybrał się więc z całą gromadą oddanych mu ludzi, wśród których znajdowali się i tamci dwaj dzielni urzędnicy, którzy już tu byli, i zastał sprytnych oszustów pracujących jak najgorliwiej, lecz bez nici i bez osnowy.

-Czyż to nie wspaniałe? – powiedzieli dwaj dostojni urzędnicy. –Niech jego cesarska mość tylko spojrzy, co za wzór, co za barwy! –I pokazywali puste krosna, gdyż myśleli, że wszyscy prócz nich widzą tkaninę.

„Cóż to? – pomyślał cesarz. –Nic nie widzę. To straszne! Czyżbym był głupi? Czy jestem niewart tego, aby być cesarzem? To byłoby najstraszniejsze, co mi się mogło przytrafić.”

-O tak, to jest bardzo piękne – powiedział cesarz – raczę to bardzo pochwalić! – kiwnął z zadowoleniem głową i zaczął oglądać puste krosna, bo nie chciał powiedzieć, że nic nie widzi. Cały orszak, który otaczał cesarza, patrzał i patrzał, ale także nic nie widział, wszyscy jednak mówili tak jak cesarz:

-Tak, to jest bardzo piękne.

I radzili monarsze, aby szaty z tego nowego wspaniałego materiału włożył po raz pierwszy na wielką procesję, która miała się wkrótce odbyć.

-Magnifique, zachwycające, excellent! – powtarzał jeden za drugim, i wszyscy byli niezwykle radzi.

Cesarz ofiarował każdemu z oszustów krzyż do noszenia w dziurce od guzika i nadał każdemu tytuł nadwornego tkacza.

Przez całą noc poprzedzającą procesję oszuści nie spali i szyli szaty przy szesnastu świecach. Ludzie widzieli, jak się śpieszyli, aby wykończyć nowe szaty cesarza. Wykonywali takie ruchy, jakby zdejmowali materiał z krosien, cięli wielkimi nożycami w powietrzu, szyli igłami bez nici i wreszcie powiedzieli:

-Oto szaty gotowe.

Cesarz przyszedł do nich z najdostojniejszymi dworzanami, a dwaj oszuści podnosili ramiona takim ruchem, jakby coś trzymali w ręku, i mówili:

-Oto spodnie, oto frak, a oto płaszcz! –I tak dalej. –Wszystko takie lekkie jak pajęczyna; takie cienkie, że się nic na ciele nie czuje, ale na tym polega cała zaleta tych szat.

-Istotnie – powiedzieli wszyscy dworzanie, ale nie mogli nic zobaczyć, bo przecież nic nie było.

-Może jego cesarska mość raczy łaskawie zdjąć swoje suknie – powiedzieli oszuści – przymierzymy nowe szaty tu przed tym wielkim lustrem!

Cesarz zdjął ubranie, a oszuści udawali, że wkładają na niego różne części nowo uszytych szat. Objęli go wpół tak, jak gdyby coś zawiązywali, niby to tren; cesarz zaś kręcił się i obracał przed lustrem.

-Boże, jak to dobrze leży, jak cesarzowi w tym do twarzy – mówili oszuści. –Jaki wzór, jakie barwy! To wspaniały strój!

-Baldachim, który będą nieść podczas procesji nad jego cesarską mością, czeka przed domem – oznajmił najwyższy mistrz ceremonii.

-Dobrze, jestem gotów – powiedział cesarz. –Czy dobrze leży? –I wykręcił się jeszcze raz przed lustrem, żeby się wydawało, że ogląda swój wspaniały strój.

Dworzanie, którzy mieli nieść tren, schylili się do ziemi i czynili takie ruchy rękami, jakby ów tren podnosili; a potem szli i udawali, że coś niosą w powietrzu; nie ośmielali się okazać, że nic nie widzą.

I tak oto kroczył cesarz w procesji pod wspaniałym baldachimem, a wszyscy ludzie na ulicy i w oknach mówili:

-Boże, jakież te nowe szaty cesarza są piękne! Jaki wspaniały tren, jaki świetny krój.

Nikt nie chciał po sobie pokazać, że nic nie widzi, bo wtedy okazałoby się, że nie nadaje się do swego urzędu albo jest głupi. Żadne szaty cesarza nie cieszyły się takim powodzeniem jak te właśnie.

-Patrzcie, przecież on jest nagi! – zawołało jakieś małe dziecko.

-Boże, słuchajcie głosu niewiniątka – powiedział wtedy jego ojciec i w tłumie jeden zaczął szeptem powtarzać drugiemu to, co dziecko powiedziało.

-On jest nagi, małe dziecko powiedziało, że jest nagi!

-On jest nagi! – zawołał w końcu cały lud. Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: „Muszę wytrzymać do końca procesji.” I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było.

 

Stary Bóg jeszcze żyje.

Było to pewnego niedzielnego poranka. Słońce wpadało jasnymi, gorącymi promieniami do pokoju, przez otwarte okno wchodziło orzeźwiające powietrze, a na dworze pod błękitnym, bożym niebem, na łąkach i polanach pełnych zieleni i kwiatów ćwierkały wesoło ptaszki. Podczas gdy wokół panowała radość i wesele, w domu mieszkały troska i bieda; nawet gospodyni, która zawsze była w dobrym humorze, siedziała tego dnia przy śniadaniu ze spuszczonymi oczami. Wreszcie podniosła się i nie tknąwszy ani kęsa, otarła oczy i poszła w kierunku drzwi.

Wyglądało to tak, jak gdyby nad tym domem ciążyło przekleństwo. W kraju była drożyzna, trudno było o żywność, podatki stawały się coraz bardziej uciążliwe – z roku na rok gospodarstwo upadało i znajdowało się już u progu nędzy. Wszystko to już od dłuższego czasu gnębiło gospodarza, który był zdolnym i uczciwym człowiekiem; teraz zaś wpadał w rozpacz na myśl o przyszłości, a nawet nieraz mówił o tym, że chyba zrobi sobie coś złego i w ten sposób zakończy swój nieszczęsny i beznadziejny żywot. Nie pomagało ani to, co mówiła zawsze pogodna żona, ani świeckie czy duchowne pociechy jego przyjaciół. Stawał się on coraz bardziej milczący i przygnębiony. Nic więc dziwnego, że w końcu i jego nieszczęsna żona utraciła odwagę. Jednak jak się wkrótce dowiemy, jej smutek miał zupełnie inną przyczynę.

Gdy gospodarz spostrzegł, że żona jego też się smuci i że chce wyjść z pokoju, zatrzymał ją i spytał:

-Nie puszczę cię, dopóki nie powiesz, co ci jest.

Ona milczała przez chwilę, potem westchnęła głęboko i powiedziała:

-Ach, kochany mężu, śniło mi się tej nocy, że stary Bóg umarł i wszystkie anioły odprowadzały Go do grobu.

-Jak możesz wierzyć w takie głupstwa i zaprzątać sobie nimi myśli – odpowiedział mąż. –Wiesz przecież, że Bóg nigdy nie umiera.

Wówczas twarz dobrej gospodyni rozjaśniła się z radości i ściskając czule obie ręce męża, wykrzyknęła:

-A więc stary Bóg jeszcze żyje!

-Ależ oczywiście – odpowiedział mąż. –Kto może o tym wątpić?

Wtedy ona objęła go, spojrzała na niego swymi pięknymi oczami, przepełnionymi wiarą, spokojem i radością i powiedziała:

-Ach, kochany mężu! Jeżeli stary Bóg żyje jeszcze, dlaczego nie wierzymy w Niego i nie ufamy Mu. On policzył każdy włos na naszej głowie, ani jeden z nich nie spadnie bez Jego woli, On przystraja lilie polne, On daje pożywienie wróblom, a krukom ich zdobycz.

Na te słowa jakby zasłona spadła z oczu gospodarza i miał takie uczucie, jak gdyby wszystko, co ściskało jego serce, nagle się rozluźniło. Pierwszy raz od długiego czasu uśmiechnął się i podziękował swej pobożnej, zacnej żonie za ten podstęp, dzięki któremu odżyła w nich dawna wiara w Boga i powróciła ufność. Wtedy promienie słońca jeszcze przyjaźniej wpadły do pokoju i oświetliły rozradowanych ludzi; orzeźwiający wietrzyk owiał ich uśmiechnięte twarze, a ptaszki wzniosły jeszcze radośniejszą, bardziej dziękczynną pieśń do Boga.

 

17:36, har_magedon
Link Dodaj komentarz »
Hans Christian Andersen (cz. 2)

Hans Christian Andersen, Baśnie. (tłum. Stefania Beylin, Jarosław Iwaszkiewicz), PIW, W-wa, 1969.

Dzień sądu ostatecznego.

Najświętszym dniem ze wszystkich dni w życiu jest dzień naszej śmierci, jest to dzień sądny, wielki dzień przemiany. Czy myślałeś już kiedyś poważnie o tej potężnej, mądrej, ostatniej godzinie na ziemi?

Był sobie raz człowiek bardzo wierzący, jak mówiono, bojownik o słowo, które mu było prawem, gorliwy sługa surowego Boga. Nad łóżkiem jego stała śmierć, śmierć o surowym i niebiańskim obliczu.

-Nadeszła godzina, musisz iść ze mną! – powiedziała śmierć i dotknęła lodowatymi palcami jego nóg, tak że zdrętwiały; śmierć dotknęła jego czoła, potem serca, które pękło; i dusza poszła za aniołem śmierci.

Ale w ciągu tych niewielu sekund, które minęły pomiędzy dotknięciem jego nóg, czoła i serca, spłynęło na umierającego, jak fala morza, wszystko to, co mu życie przyniosło i co w nim wzbudziło. Jednym spojrzeniem ogarnia się wówczas zawrotne głębie, jedną błyskawicą myśli przebiega się niezmierzoną drogę; jednym spojrzeniem zbiera się sumę niezliczonych gwiazd na niebie, poznaje się kulę ziemską i planety w nieogarnionym wszechświecie.

W takiej chwili drży lękliwy grzesznik, nie ma się na czym oprzeć i jest mu tak, jakby zapadał się w nieskończoną pustkę. Pobożny wznosi swą głowę ku Bogu i oddaje mu się jak dziecko w słowach: „Niech się dzieje wola Twoja!”

Ale ten konający nie miał nic z dziecka, czuł, że jest mężczyzną; nie drżał jak grzesznik, gdyż wiedział, że był naprawdę wierzącym. Trzymał się z całą surowością przepisów religii; wiedział, że miliony muszą kroczyć szeroką drogą ku potępieniu. Mógłby niszczyć ich ciała ogniem i mieczem, aby były tak samo zniszczone jak ich dusze; jego droga wiodła teraz do nieba, gdzie łaska otwierała mu furtkę – obiecana łaska.

Dusza poszła więc z aniołem śmierci, ale raz jeszcze spojrzała na łoże, gdzie spowity w białe prześcieradło leżał obraz z prochu, obce odbicie jego Ja. A potem polecieli. Lecieli i szli – to byli jakby w olbrzymiej sali, a jednocześnie niby w lesie; przyroda była ostrzeżona, uporządkowana, powiązana i uszeregowana; panowała tu sztuka jak w staroświeckich francuskich ogrodach; była to maskarada.

-To jest życie ludzkie – powiedział anioł śmierci.

Wszystkie postacie były mniej lub więcej zamaskowane; nie wszyscy przybrani w aksamit i złoto byli najpotężniejsi; nie wszyscy, którzy nosili szaty ubóstwa, byli najniżsi i najmniej ważni, była to przedziwna maskarada, a najdziwniejsze było, że każdy ukrywał coś starannie w fałdach sukni; ale jeden drugiemu zaglądał w fałdy i wtedy widać było wyłaniające się spomiędzy nich zwierzęce łby. Jeden miał głowę wykrzywionej małpy, inny obrzydliwego kozła, śliskiego węża lub śniętej ryby.

Były to zwierzęta, które my wszyscy nosimy w sobie, zwierzęta zrośnięte z nami, skakały one, podskakiwały, chciały się wydostać, i każdy przytrzymywał mocno zwierzę pod ubraniem, ale byli tacy, co darli suknie na innych i krzyczeli:

-Patrzcie, patrzcie, tak wygląda on, tak wygląda ona! – i jeden obnażał nędzę drugiego.

-A jakie zwierzę było we mnie? – spytała wędrująca dusza. Anioł śmierci wskazał mu dumną postać, która miała naokoło głowy różnobarwną aureolę połyskującą jaskrawymi kolorami, ale w sercu tego człowieka ukryte były nogi zwierzęcia, nogi pawia; aureola nad jego głową była barwnym ogonem ptaka.

A kiedy powędrowali dalej, wielkie ptaki krzyczały szkaradnie z gałęzi drzew; krzyczały wyraźnymi ludzkimi głosami:

-Czy pamiętasz mnie, ty wędrowniku śmierci? – Były to wszystko złe myśli i pożądania jego życia, które do niego wołały: -Czy pamiętasz mnie?

I przez chwilę dreszcz przeniknął duszę, bo dusza znała te głosy i złe myśli, i pożądania, które wystąpiły teraz jako świadkowie.

-W naszym ciele, w naszych złych skłonnościach nie ma nic dobrego – powiedział umarły – ale moje myśli nie przemieniły się w czyny, świat nie oglądał złych plonów. –I pośpieszył jeszcze bardziej, aby oddalić się od wstrętnych okrzyków, ale wielkie, czarne ptaki otoczyły go i krzyczały, krzyczały tak, jak gdyby cały świat miał się o tym dowiedzieć; a on pobiegł jak ścigana łania i przy każdym kroku uderzał się nogą o ostre kamienie, raniły mu one nogi i bolało go to bardzo.

-Skąd się wzięły te ostre kamienie? Leżą tu jak zwiędłe liście na ziemi!

-To są te wszystkie nierozważne słowa, które rzucałeś i które raniły serca o wiele bardziej, niż te kamienie ranią twoje nogi!

-Nie myślałam o tym – powiedziała dusza.

-Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni – rozbrzmiewało w powietrzu.

-Wszyscyśmy grzeszyli – powiedziała dusza i podniosła się znowu. –Trzymałam się zasad Ewangelii i prawa; robiłam, co mogłam; nie jestem taka jak inni!

I oto stali przed bramą niebieską, i anioł-odźwierny spytał:

-Kim jesteś? Powiedz mi, jakiej jesteś wiary i jakich dokonałaś czynów?

-Wypełniałam surowo wszystkie przykazania; byłam pokorna przed oczami świata; nienawidziłam zła i złych, prześladowałam wszystkich, którzy kroczyli szeroką drogą ku wiecznemu potępieniu, i jeszcze teraz, jeżeliby zaszła potrzeba, pragnę walczyć ogniem i mieczem!

-Jesteś więc jednym z wyznawców Mahometa? – spytał anioł.

-Ja? Nie, nigdy!

-„Kto wojuje mieczem, ten od miecza ginie”, powiedział Syn Boży. Nie wyznajesz jego wiary. Może jesteś synem Izraela, który mówi za Mojżeszem: „Oko za oko, ząb za ząb”? Synem Izraela, którego groźny Bóg jest jedynym Bogiem tego narodu.

-Jestem chrześcijaninem!

-Nie poznaję tego po twej wierze i po twoich czynach. Nauka Chrystusa jest pojednaniem, miłością, łaską!

-Łaską! – rozbrzmiało po nieskończenie wielkiej przestrzeni i otworzyła się brama niebios, i dusza poszybowała ku szczęśliwości. Ale światło, które promieniowało stamtąd, było tak oślepiające, tak przenikliwe, że dusza cofnęła się jak przed wyciągniętym mieczem; rozbrzmiały tony tak łagodne, tak chwytające za serce, że żaden ziemski język nie może tego wyrazić, dusza zadrżała i pochyliła się nisko, coraz niżej, ale niebiańska jasność wtargnęła w nią i wówczas poczuła to, czego nigdy przedtem nie czuła: ciężar swej dumy, swej zatwardziałości i grzechu, gdyż uczyniło się jasno w jej wnętrzu.

-To, co robiłam dobrego w życiu, robiłam dlatego, że inaczej nie mogłam; ale zło było we mnie!

Dusza czuła się oślepiona czystym, niebiańskim światłem, upadała, bezsilna, głęboko, wydawało jej się, że zwinęła się w kłębek, niedojrzała dla niebieskich bogactw, nie śmiała zwrócić swych myśli do sprawiedliwego Boga jąkając:

-Łaski!

I oto zjawiła się łaska, nieoczekiwana łaska.

Bóg niebios był w całej nieskończenie wielkiej przestrzeni, miłość Boga przeniknęła ją w niewyczerpanej pełni.

-Duszo ludzka, bądź święta, cudna, pełna miłości i wieczna! – brzmiały i śpiewały głosy niewidzialne dookoła.

My wszyscy, wszyscy będziemy w ostatnim dniu naszego ziemskiego życia drżeli tak jak ta dusza przed blaskiem i cudownością Nieba, będziemy, głęboko upokorzeni, pokornie zginali się, a pomimo to będzie nas unosiła jego miłość, jego łaska będzie nas wyprostowywała; wzniesieni na nowe tory, oczyszczeni, szlachetniejsi, lepsi, będziemy się zbliżali coraz bardziej do cudowności światła i pokrzepieni przez nie, wzniesiemy się do wiecznej jasności.

 

O tobie mówi bajka.

Mędrcy starożytni chytrze obmyślili, w jaki sposób można by ludziom mówić prawdę prosto w oczy nie robiąc tego w sposób grubiański. Pokazywali im dziwne lustro, w którym ukazywały się różnego rodzaju zwierzęta i dziwaczne przedmioty. Był to widok zarówno ciekawy, jak budujący. Nazwali to „bajką”. I zależnie od tego, czy zwierzęta zachowywały się głupio, czy też mądrze, ludzie musieli patrząc na nie myśleć przy tym: „To o tobie mówi bajka”. W ten sposób nikt się nie mógł obrazić. Weźmy więc taki przykład:

Były dwie wysokie góry, a na samym szczycie każdej z nich stał zamek. W dolinie biegł pies obwąchując ziemię, tak jakby szukał myszy lub przepiórek; chciał zaspokoić głód. Nagle z jednego zamku zatrąbiono obwieszczając, że czas zasiąść do stołu. Pies pobiegł natychmiast na górę, aby przy okazji się najeść, lecz gdy był już w połowie drogi, przestano tu trąbić, a z drugiego zamku rozległ się głos trąbki. Wtedy pies pomyślał: „Zanim przybiegnę, skończą już jeść, a tam się dopiero teraz zaczyna”. Zbiegł więc na dół i zaczął się wspinać na drugą górę. Wtedy jednak druga trąbka przestała trąbić, a odezwała się ta pierwsza. Pies znów pobiegł w dół, a potem pod górę i tak biegał tam i z powrotem, aż wreszcie ucichły obie trąbki i zakończono posiłek w obu miejscach.

Teraz zgadnij – co starożytni mędrcy mieli na myśli układając tę bajkę i kto jest tym głupcem, który biega aż do zmęczenia, ani tu, ani tam nic nie uzyskawszy.

17:33, har_magedon
Link Dodaj komentarz »