Blog > Komentarze do wpisu
Krótka rozprawa Plebana i Jankiela z Kubą (cz.2).

Władysław Stanisław Reymont, Chłopi.

[...]

A karczma stała na końcu wsi, za plebanją, na początku topolowej drogi. [...] Basy huczały jako ten bąk, kiej się wedrze do izby z dworu i lecący huczy... a czasem skrzypka znagła zapiskała ciężko, jakoby ptaszek wabiący abo i bębenek zahurkotał i pobrzękiwał... ale wnet cichość zaległa.

Kuba poszedł prosto do szynkwasu, za którym siedział Jankiel w jarmułce i w koszuli tylko, bo ciepło było, pogłaskiwał siwą brodę, kiwał się i wyczytywał w książce, przykładając oczy prawie do samych kart.

Kuba się namyślał, przestępował z nogi na nogę, przeliczał pieniądze, podrapywał się po kołtunach i stał tak długo, aż Jankiel spozierał na niego i, nie przestając się kiwać i modlić, brzęknął raz i drugi kieliszkami...

-Półkwaterek ino krzepkiej! – zarządził wreszcie.

Jankiel w milczeniu nalewał i lewą rękę wyciągał po pieniądze...

-W szkło? zapytał, zgarnąwszy do opałki zaśniedziałe miedziaki.

-Juści że nie w but!...

Usunął się na sam koniec szynkwasu, wypił pierwszy kieliszek, splunął i jął się rozglądać po karczmie, wypił drugi, przyjrzał się buteleczce pod światło, stuknął nią mocno.

-Dajcie-no drugi i machorki! rzekł śmielej bo błoga ciepłość go przejęła po gorzałce i dziwna moc rozlała mu się po kościach.

-Zasługi dzisiaj Kuba odebrał?

-Gdzieżby... nowy Rok to?...

-Może dolać araku?

-Ale... nie chwaci... – Przeliczył pieniądze i żałośnie spojrzał na flaszkę araku.

-Poborguję, albo ja to Kuby nie znam!...

-Nie trzeba... kto borguje, ten się z butów zzuje... powiedział ostro.

Mimo to Jankiel postawił przed nim flaszeczkę araku.

Opierał się, już nawet brał się wyjść, ale jucha harak tak zapachniał, że jaże w nosie wierciło, więc się nie zmagał dłużej, jeno wypił, nie medytując.

-Zarobiliście w lesie?... pytał Jankiel cierpliwie.

-Nie w lesie... – ptaszków, com je w sidła chycił, zaniesłem dobrodziejowi sześć i dali mi złotówkę...

-Złotówkę za sześć! Jabym za każdego dał Kubie dziesiątkę.

-Jakże, przeciech kuropatwy to koszerne?... – Zdumiał się.

-Niech Kubę głowa o to nie boli... niech tylko przyniesie dużo, a za każdą dostanie zaraz, do ręki po dziesiątce. Asencję postawię na zgodę, co?..

-I po całym dziesiątku Jankiel zapłaci!..

-Moje słowo, nie na wiatr. A za te sześć... to Kuba miałby nie dwa półkwaterki czystej, a cztery z arakiem, i śledzia, i bułkę, i paczkę machorki... rozumie Kuba?..

-Juści... cztery półkwaterki z arakiem, i śledzia... i... juści, nie bydlem przeciech, to miarkuję... rychtyk prawda! Cztery półkwaterki z harakiem... i machorka i bułków... i całego śledzia... –Mroczyła go już wódka i nieco rozbierała.

-Przyniesie Kuba?

-Cztery półkwaterki... i śledź... i... Przyniesę... Cie, żebym to miał strzelbę... – ozwał się przytomniej i jął znowu obliczać – kożuch na ten przykład z pięć rubli... butyby się zdały... ze trzy ruble... ni, nie chwaci... a kowalby chcieli z pięć rubli za fuzję... tyla co od Rafała... ni... – myślał głośno.

Jankiel zrobił szybkie obliczenie kredą i szepnął mu do ucha.

-Zastrzeliłby Kuba sarnę?..

-Ale, z pięści nie zastrzeli, a z fuzji tobym juchę ustrzelił...

-Kuba umie strzelić?..

-Jankiel jest Żyd, to i nie wie, a we wsi wiedzą wszystkie, że chodziłem z dziedzicami do boru, że mi ten kulas przestrzelili... to umieć umiem...

-Ja dam strzelbę, dam proch, dam, co potrzeba... a Kuba, co ustrzeli, przyniesie do mnie! Za sarnę dam całego rubla... słyszy?.. całego rubla! Za proch Kuba zapłaci piętnaście kopiejek od sztuki, odtrącę... A zato, co się fuzja będzie psuć, to Kuba przyniesie ćwiartkę owsa...

-Rubla za sarnę... a niby ja za proch piętnaście... całego rubla! niby jakto!..

Jankiel znowu wyliczał mu szczegółowo...

-Owsa?.. Przeciech koniom od pyska nie odejmę... – to jedno zrozumiał.

-Poco brać koniom! U Boryny jest i gdzie indziej...

-To niby... – wytrzeszczał oczy i kalkulował.

-Wszystkie tak robią! A Kuba myślał, skąd parobcy mają pieniądze?.. każdemu trzeba machorki, a kieliszka wódki, a potańcować w niedzielę! To skąd wziąć?..

-Jakże... złodziej to jestem, parchu jeden, czy co?.. – zagrzmiał nagle, bijąc pięścią w stół, aż kieliszki podskoczyły.

-Co się Kuba rzuci! Niech Kuba płaci i idzie sobie do djabła!..

Ale Kuba nie zapłacił i nie poszedł, nie miał już pieniędzy i winien był Żydowi... to się ino sparł ciężko o szynkwas i jął sennie obliczać, a Jankiel udobruchał się i raz jeszcze nalał mu, ale już czystego araku... i nic nie mówił...

Tymczasem do karczmy napływało coraz więcej ludzi... [...]

[...]

A już i karczma pustoszała, muzyka zmilkła, ludzie się rozchodzili do domów [...]

Kuba tylko spał wciąż w popiele tak krzepko, aż go Jankiel budzić musiał, ale parobek wstać nie chciał, kopał, to grzmocił w powietrze i mruczał:

-Pódźi Żydzie, jak chcę, tak spał będę... gospodarz jestem, to wolę swoją mam, a tyś żółtek i parch!...

Wiadro wody pomogło, że wstał i wytrzeźwiał nieco, jeno ze strachem a zdumieniem słuchał, jako całego rubla przepił – którego winien jest...

-Jakże?... dwa półkwaterki z harakiem... całego śledzia... machorki... i jeszcze dwa półkwaterki... to już cały rubel?... Jakże?... dwa... – majaczyło mu się.

 Jankiel przekonał go w końcu, i porozumieli się co do strzelby, którą Żyd miał mu przywieźć z jarmarku, a na zgodę postawił esencji ze spirytusem...

Tylko owsa stanowczo Kuba przynosić nie obiecywał.

-Ociec Kubów złodziej nie był – to i syn jego złodziej nie jest.

-Idźcie już sobie, czas spać... a ja mam jeszcze pacierze odmawiać...

-Cie!.. spekulant jaki! Do złodziejstwa namawia a pacierze mówił będzie... – mruczał, idąc ku domowi, i jął sobie przypominać i kalkulować, bo nijak nie chciało mu się w głowie pomieścić, że całego rubla przepił... ale że jeszcze nie wytrzeźwiał i powietrze go rozebrało, to potaczał się ździebko i raz wraz właził na płoty, to na budulec, leżący gdzie niegdzie przed chałupami, i klął...

-Żeby was juchy pokręciło!.. Łajdusy jedne... żeby tak drogę pozastawiać!.. nic jeno się pochlały zbereźniki... a dobrodziej na darmo wypomina... a dobrodziej... – tu się zastanowił długo i miarkował, aż wreszcie chyciło go rozeznanie i żałość taka, aż przystanął, oglądał się dookoła, pochylał, szukając czegoby twardego do ręki... ale zapomniał wnet i chwycił się za kudły i jął się prać po pysku kułakiem i wykrzykiwać:

-Pijanica jesteś i świnia zapowietrzona! Do dobrodzieja cię zawlekę, niech ci wypomni przed całym narodem, żeś pies i pijanica... żeś jako to bydlę abo i gorszy!.. żeś...

I żałość znagła go objęła nad sobą, że przysiadł na drodze i buchnął płaczem.

Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzie niegdzie, zrzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą miotały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzie niegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadanie psów.

 

Rozdz. VII:

-Ale, siedzita i nie wiecie, co się stało! – zawołała wpadając zdyszana, Nastusia Gołębianka, Mateusza siostra.

Podniosły się ciekawe zapytania ze wszystkich stron i wszystkie oczy spoczęły na niej.

-A to młynarzowi ukradli konie!

-Kiedy?

-Ze trzy pacierze temu. Dopiero co Jankiel mówił Mateuszowi.

-Jankiel ta wie wszystko zaraz, a może i nieco przódzi...

-Takie konie, kiej hamany!

-Ze stajni wyprowadziły. Parobek poszedł do młyna po obrok, wraca, a tu już ni koni, ni uprzęży niema, a pies w budzie struty, no!

-Na zimę idzie, to się już różności zaczynają.

-A bo kary na złodziejów niema żadnej... Hale, dużo mu zrobią, wsadzą do kryminału, dadzą jeść, w cieple się wysiedzi, z kolegami wypraktykuje, że kiej go puszczą, to jeszcze lepszy jest złodziej, bo nauczny.

-Gdyby tak mnie konia wyprowadzili, a złapałbym, tobym ubił na miejscu, jak psa wściekłego – wykrzyknął jeden z parobków.

-A bo ino tegoby wartał taki człowiek, bo ino głupie szukają sprawiedliwości we świecie. Kużden ma prawo dochodzić swojej krzywdy.

-Złapać takiego i całą kupą choćby zabić, to i kary niema, bo wszystkich toby karali?

 

 

Rozdz. XI

...A pociecha ino w tem, kiej somsiad z somsiadem się zejdzie i przy kieliszku poredzą, wyżalą się i odpuszczą sobie, co tam jeden drugiemu winowaty – juści, nie to wypasione zboże, ni przeoranie granicy, bo to już sądy wiedzą i świadkowie przytwierdzą, komu krzywda i komu sprawiedliwość, ale to, co tam po sąsiedzku przytrafić się przytrafi – czy kiej gadzine spyszcze w sadzie, czy baby się poswarzą, abo dzieciaki się pobiją, jak to różnie się zdarzy... Dyć wesele od tego, by zawziętość stajała i braterstwo a zgoda rosły między ludźmi!

-Choćby jeno na ten czas weselny, na dzień jeden!

A jutro samo przyjdzie! Hej! nie uciekniesz przed dolą, chyba pod tę świętą ziemię; przyjdzie, za łeb ułapi, jarzmo na kark włoży, biedą popędzi i ciągnij narodzie, a potem i krwią się oblewaj, swego bacz, z garści nie puszczaj ni na to oczymgnienie, byś się pod koła nie zaplątał!

-Na braci Pan Jezus stworzył ludzi a wilkami są la siebie!

-Nie wilkami, nie, to jeno bieda podjudza, kłyśni i jednych na drugich rzuca, że gryzą się jak te psy o gnat objedzony!

-Nie sama bieda, nie, zły to ćmę na naród rzuca, że nie rozeznaje co dobre, a złe!

-Prawda, prawda i dmucha w duszę kiej w to zarzewie przygasłe, aż chciwość, i złość, i wszystkie grzechy rozdmucha!

-Juści, któren głuchy jest na przykazania, ten ochotnie słucha piekielnej muzyki!

-Drzewiej tak nie bywało! Posłuch był, poszanowanie starszych i zgoda!

-I grontu każden miał, co ino mógł obrobić, a pastwisk, a łąk, a boru.

-A o podatkach kto kiedy słyszał?

-Abo drzewo kupował kto?... Jechał do boru i brał, ile komu było potrza, a choćby i tę najlepszą sosnę czy dęba!.. Co było dziedzicowe, było i chłopskie.

-A teraz ni dziedzicowe, ni chłopskie – żydoskie ino, albo i kogo gorszego.

-Ścierwy! Piłem do was, pijcie do mnie! Usadziły się jakby na swojem – pijcie-no, dobre twoje, dobre i moje, by sprawiedliwość we wszystkim była...

-Dziedzice parszywe! W wasze ręce! Gorzałka nie grzech, byle jeno przy godnym sposobie i z bratem, to na zdrowie idzie, krew czyści i choróbska odciąga!

-Jak pić, to już całą kwartę, jak się weselić, to już całą niedzielę. A masz człowieku robotę? – pilno rób, kulasów nie żałuj i szczerze się przykładaj! A zdarzy się na ten przykład okazja, wesele, chrzciny, albo i zemrze się komu – pofolguj sobie, odpoczywaj, obserwuj i uciechę miej! A źle wypadnie – kobieta się zmarnuje, bydlę ci zdechnie, pogorzel przyjdzie – wola Boska, nie przeciwiaj się, bo i cóż chudziaku, poredzisz krzykaniem a płaczem? – nic; spokojności się ino zbędziesz, a nawet to jadło pokrzywą ci się w gębie wyda! – cierp przeto i dufaj w Panajezusowe miłosierdzie... Przyjdzie gorsze, kostucha ułapi cię za grdykę i w ślepie zajrzy – nie próbuj się wypsnąć, nie twoja moc – bo wszystko jest w Boskim ręku...

-Juści, kto tam wymiarkuje, kiej Jezus rzeknie: „Do tela twoje – od tela moje, człowieku”.

-Tak to, tak! Górą, kiej to błyskanie, lecą Boskie przykazy, a nikt, żeby ksiądz, żeby najmądrzejszy ich nie przejrzy przódzi, aż padną na naród ziarnem dojrzałem!

-A ty, człowieku, masz tylko jedno wiedzieć, byś swoje robił i żył, jak przykazania święte nakazują, a przed się nie wyglądał... Pan Jezus wszystkim zasługi szykuje i wypłaci rzetelnie, co ino komu przypadnie...

-Tem ci polski naród stojał – to i tak ma być aż po wieki wieków. Amen!

-A cierpliwością i bramy piekielne przemoże.

Tak sobie pogwarzali, często przepijając, a każdy wypowiadał, co miał na sercu i co dawno ością stało w grdyce!

 

piątek, 28 listopada 2008, har_magedon

Polecane wpisy

  • Lista wpisów:

    Skurwysyny diabły, w nocy z 28. 02. na 1.03. 2009 (wydawało mi się, że jest 26-27) napadliście na mój dom. Wygłądało to tak jak opisywał Profesor Jan Pająk. Jak

  • Arystofanes, Sokrates i Diotyma (cz.1a).

    Platon. Dialogi. (przekład Władysław Witwicki) Unia Wydawnicza „Verum”, Warszawa 2007. dostępne on-line:   http://www.katedra.uksw.edu.pl/plato

  • Arystofanes, Sokrates i Diotyma (cz.1b).

    [...] Kiedy Agaton skończył, wszyscy, powiada Arystodemos, zaczęli głośno objawiać zachwyt, że młody człowiek tak doskonale mówił, tak jak i jemu wypadało chwal