Blog > Komentarze do wpisu
#26. Synagoga Szatana (cz.3).

A drugi wylał swą czaszę na morze:

I stało się ono krwią jakby zmarłego,
i każda z istot żywych poniosła śmierć
- te, które są w morzu.
(Ap 16:3)

Ujrzałem naród człowieczy zbiegły daleko z drogi natury. Zabobon, oszustostwo, przemysł, łakomstwo i duma, same tylko ciemności kojarząc, rozrzuciły grube zasłony. Kto by się tych dotknąć albo tylko w tę stronę obejrzeć poważył, trupem karząc uwodziły coraz dalej ród człowieczy od przyrodzenia ustawy. Jak tylko myśleć począłem, raził mię mocno ten przewrotny natury porządku widok.

 Nie mogąc ani zrozumieć, ani tym bardziej pogodzić się z całą przewrotnością tego świata, począłem szukać sposobów naprawy: jak przywrócić odwieczny porządku stan rzeczy. Myślę, cóż zrobisz, sam jeden, człowiecze? Trzeba ci szukać wspólników, sojuszników, reformatorów. Przyłączyć się do innych, lub innych przyłączyć do siebie. Zacząłem się rozglądać, nasłuchiwać, zasięgać rady. Iluż to mądrych ludzi spotkałem, ileż usłyszałem wspaniałych teorii, konceptów, rozwiązań. Na koniec jednak, patrząc na mnie z politowaniem, każdy z nich mówił: „ale to nie przyjdzie, to się nie przyjmie”. Nie zrażając się, zacząłem nawoływać: Musimy otoczyć nasze pastwiska wysokim wałem, aby wilki, zakradające się w owczej skórze, nie zwodziły i nie porywały naszych młodych, naiwnych baranków. Należy zaprowadzić porządek w stadzie, a tratujące świeżą trawę, niesforne sztuki, uspokoić rózgą żelazną lub rzucić wilkom na pożarcie. Trzeba wykopać nową studnię, aby popłynęła świeża i czysta woda, bo ze starego źródła wypływa brudna, cuchnąca i skażona, powodując śmierć w stadzie, a padlina dodatkowo zatruwa wodę. Warto byłoby wartę ustawić na wałach, aby trąbiono przed nadchodzącymi bandami rabusiów i watahami wilków.

 Stanąwszy tak, na rozdrożu, przywoływałem, napominałem, prosiłem. Przede mną, jak szemrząca rzeka, przechodziły rzesze zabieganego ludu. Większość pospiesznie omijała mnie łukiem, odwracając swój wzrok i zatykając sobie uszy. Niektórzy przystawali, pukali się w czoło, i odchodzili. Wielu z nich podchodziło do mnie, i mówili: „Daj spokój. Zawsze tak było, i zawsze tak będzie”. Ja im na to: „Nie! Tak zawsze być nie mogło, i tak nie może pozostać na zawsze”. Byli tacy, którzy przyprowadzali swoje dzieci, i pokazując na mnie, mówili: „Popatrz, jeśli będziesz za dużo myślał, to też tak skończysz”.

 Stałem tak przez czterdzieści cztery dni i nocy, nie mogąc pojąć Istoty Rzeczy. Dosyć! – krzyknąłem, rozdzierając swoje szaty, i mówię: Niech Bóg to osądzi! Wówczas: niebo rozbłysło, ziemia zadrżała, a wody mórz i rzek zamarły w swym biegu. Wszyscy dookoła wpadli w wielkie przerażenie. Wielu z nich uciekło, kryjąc się w jamach i rozpadlinach ziemi, a reszta upadła na twarz, nie ośmielając się podnieść głowy, ani otworzyć oczu. Ja, choć serce zabiło mi szybciej, mocno stałem na swoich stopach, i nie ugięły się moje nogi, odważnie skierowałem swoje oczy ku niebu, aby zrozumieć, CO SIĘ STAŁO.

Ujrzałem świetlistą postać, zstępującą jak błyskawica. Głowa Jego i włosy - białe jak biała wełna, jak śnieg, a oczy Jego jak płomień ognia. Obleczony był w szatę do stóp, a na piersiach przepasany był złotym pasem. Pochwycił mnie, uniósł do góry, i mówi do mnie: znam Twój trud i wytrwałość, i mocne są Twoje stopy, dlatego dane Ci będzie wszelkie zrozumienie, i będzie Ci dane otworzyć, to, co przez wieki czekało na otwarcie - a tymczasem popatrz w dół. Skierowałem swój wzrok, jakby do głębokiej studni, a ujrzałem samego siebie, stojącego pomiędzy nimi i rozdzierającego swe szaty. Stałem, jakby zabity, a przechodziły wieprze i wdeptywały moje szaty w błoto, podchodzili niby-ludzie i pluli mi w twarz z powodu mojej nieugiętości, a nad moją głową krążyło stado ptactwa nieczystego i budzącego wstręt. A ja bardzo płakałem, patrząc na ten widok.

I mówi: przestań płakać, bo nadchodzi kres, dla tych, którzy płakali. Nadchodzi też kres dla morderców, kłamców, złodziei, prześmiewców i wszelakiego plugastwa. I uniósł mnie w zachwyceniu na górę wielką i wyniosłą, na Har-Magedon. Następnie, wskazując mi prawą ręką na długi zwój, rzekł do mnie: Odczytuj! Zwój, zapisany na wewnątrz i na odwrocie, podtrzymywany był przez dwudziestu czterech starców, a po zwoju przechadzały się cztery zwierzęta. Wszyscy, i starcy i zwierzęta, byli pełni oczu, i z przodu, i z tyłu. Z każdej litery na zwoju wyzierały oczy, wyzierały do wewnątrz, i na zewnątrz. A na zwoju zapisano zbrodnie, i oszustwa, i kradzieże, i krwawe wody zalewające ziemię, i biadania, i złorzeczenia – i to CO było, i to, CO jest, i to, CO stać się musi.

A ja znowu zapłakałem nad marnym losem rodzaju ludzkiego, i mówię: Panie, dlaczego tak surowe są Twoje wyroki, jak długo jeszcze potrwa czas mordu, hańby i zniewolenia? I znowu słyszę: przestań płakać, przetrzyj wszystkie swoje oczy, i zacznij czytać na odwrocie. Wówczas nabrałem ducha, a w obłokach wstąpiły we mnie: potęga i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwała, i błogosławieństwo.

Następnie, ów Mąż, wskazując na ludy i tłumy, narody i języki, oczekujące na mnie u podnóża góry, rzekł do mnie:
Przyjrzyj się, Mój umiłowany Synu, kogo ta hołota wybrała sobie do władzy. Tylko głupcy wybierają równie głupich, pazernych, i przebiegłych. Godni są siebie! – oni bowiem zawsze wybierają najgłupszych spośród swoich głupich. Posłuchaj, Mój umiłowany Synu, ich bełkotu, jakby się upili młodym winem. Czy słyszysz to samo, co Ja słyszę: święta Mario, święty Józefie, święty Antoni, święta Faustyno, święta Tereso, święty Dobry Łotrze – zmiłuj się nad nami. Niech raczej mówią: święte gówno – zmiłuj się nad nami i pochłoń nas, bo Ja się nad nimi nie zmiłuję. Ogień, który nadchodzi, będzie ich palił niemiłosiernie, i będą poszukiwać choćby gówna, aby w nim schłodzić swoje ciała. Popatrz, Mój umiłowany Synu, jak rozmnożyła się ta zaraza, aż po krańce ziemi. Tłoczą się jak szczury w norach, piwnicach i strychach, jak osy w gniazdach, roznosząc wszelkie zło i nasycając swoim jadem Mój lud. To plemię nie zna litości. To plemię nie lituje się nawet nad sobą, dlatego też nie znajdą litości u Mnie. A teraz, Mój umiłowany Synu, zstąp do nich, i odczytaj, CO policzono, zważono i ustalono.

Zabrałem księgę, niby zwój, i powróciłem na dół, a stanąwszy przed niezliczonym tłumem, zacząłem odczytywać Słowo Pańskie. Tłum kłębił się, pomrukiwał, drwił, a niektórzy aż tarzali się ze śmiechu. Ja, nie zważając na zniewagi, obelgi i szyderstwa, wytrwale czytałem dalej. Mój głos ginął, zagłuszony przez rozbestwioną tłuszczę, tak, że nawet sam nie słyszałem własnego głosu. A kiedy zacząłem im odczytywać, CO zapisano na odwrocie, milkły szemrania, chichoty i wzajemne przekomarzania, robiło się coraz ciszej i ciszej, aż zapanowała absolutna Cisza. Wszyscy przysłuchiwali się w wielkim skupieniu, a ja odczytywałem dalej:

To mówi Pan:
Dałem wam Moje ciało na pokarm, i krew Moją pić wam dałem, wy bowiem jesteście narodem krwiożerczym – kanibalami, rozszarpującymi ciała proroków, których wam posyłam. W swoim miłosierdziu dałem wam nowe przykazanie, byście się wzajemnie miłowali, wy zaś pogardziliście Moim Przymierzem, i upiliście się krwią pogan, a w swoim upojeniu mordujecie nawet swoich ojców, braci i synów, budząc tym wstręt i odrazę w Moich oczach do całego waszego pokolenia. Jak długo jeszcze będę cierpiał z waszego powodu? Wy mówicie: „Pan nie słyszy”, i na pagórkach zanosicie dzikie wycia do swoich bożków i świętoszków, drażniąc Moje uszy. Wy mówicie: „Pan nie widzi”, i robicie sobie ze Mnie jaja, spożywając poświęcone przez czarowników jaja. Przeżuwacie różańce, jak krowa trawę - jakże Mnie mierzi ten widok! Oto Ja wam pokażę, że wasz Pan wszystko widzi i słyszy. Nic nie ukryje się przed Moim okiem. Moje ucho wszystko słyszy. Wy mówicie: „Pan się ociąga”, „Pan zapomniał”, a niektórzy mają czelność twierdzić: „Pan odszedł na zawsze”. O, nierozumni! O, bezkresna hołoto, przesiąknięta głupotą do szpiku kości! Jak mogło to przyjść do waszych pustych głów! Jakim prawem ośmielacie się zwodzić takimi bredniami Mój wierny lud!
Nie!!!
Na Moje życie – wasz Pan nie zapomniał!
Wasz Pan przyjdzie na godzinę, dzień, miesiąc i rok – bowiem wasz Pan doskonale pamięta dane wam Słowo. I nie spóźni się! Czyż nie powiedziałem: jeszcze chwila, a znów Mnie ujrzycie; jeszcze chwila, a posłyszycie Mój głos, spadający jak grom; jeszcze chwila, a nadejdzie Mój dzień, palący jak ogień.

To mówi Pan:
Czyż nie widzieliście, jak potężnym okazał się wasz Pan nawet poza granicami Izraela. Zmiotłem Hiroszimę i Nagasaki, jak niegdyś Sodomę i Gomorę, aby zakończyć czas zbrodni, rozpusty, i niegodziwości. Otworzyłem gardziel ziemi i pochłonęła wasze dwa okazałe rogi: róg pychy i róg chciwości, zbudowane przez waszych głupich zarządców waszej bezwartościowej mamony. Pozostała z tego jedynie garstka popiołu, którym posypane zostały wasze dumne czoła. Czyż nie na waszych oczach zmiotłem niewiernych pogan na wszystkich wybrzeżach Oceanu Indyjskiego. Moje śniegi pozawalały wasze marne dachy, Mój grad pozbawił was plonów, wasze ogrody dotknąłem mrozem, i nie wydadzą owocu. Ostrzegłem was ptasią grypą, a teraz was wypróbuję plagą KLESZCZY.

To mówi Pan:
Czyż nie obiecałem wam Nowego Królestwa, w którym wy będziecie ze Mną, a Ja z wami? Macie czelność mówić: tylko my, i nie ma żadnego Boga. Budujecie swoje nędzne królestwo na ziemi, które chcecie bronić własną tarczą. Czy ktoś się ośmieli was ruszyć, gdy Ja jestem waszą tarczą? Czyż nie uciekają w popłochu wasi wrogowie, gdy Ja jestem waszym mieczem? Budujcie swoją tarczę, a ześlę na was ogień i dzikie zwierzęta, i znów popadniecie w głód, smród i ubóstwo. Strącę wszystkie wasze samoloty, rakiety, i inne „cuda” waszej pomysłowości – runą, będąc w połowie drogi do nieba, jak babilońska wieża.

To mówi Pan:
Czyż nie mówiłem wam, że duch daje życie, a wasze namioty służą jedynie jako osłona przed palącym słońcem, w drodze do Nowego Królestwa? A wy upiększacie swoje namioty, wieszając na nich ohydne ozdoby. Dobudowujecie przedsionki i wstawiacie do środka zbytkowne meble. Najgłupsi murują nawet fundamenty pod swoimi namiotami. Co za bezmyślność! Opuszczę was, i pozostawię was na zawsze w waszych nędznych namiotach. W swoim zadufaniu, skretyniała hołoto, przeszczepiacie sobie cudze nerki i cudze serca. Oto Ja sprawię, że wszystkie ulegną odrzuceniu. Czy moje przykazanie nie przeniknie i nie uleczy każdej nerki i każdego serca? Wasze nerki są przegniłe, aż po rdzeń i miedniczkę, a wasze serca są zatrute jadem. Dlatego, to wy będziecie cierpieć katusze, i wróci do was ból, który sprawiacie Mojemu ludowi.

To mówi Pan:
Nawróć się, przewrotne pokolenie! – bo znów Mnie świerzbi Moja prawa ręka. Krótki jest czas dla waszego nawrócenia. Nadchodzi bowiem czas żniwa i wybiorę sobie ziarno do Moich spichlerzy, a plewy i chwasty pójdą w ogień. Zabiorę swoje złoto i srebro, a dla was pozostanie tylko gruz, popiół, potłuczone naczynia i GLINIANE CZARY. Będziecie zgrzytać zębami, i płakać, i zawodzić, i znów będziecie Mnie prosić, bym się nad wami zmiłował i ocalił Resztę.

To mówi Pan:
Nawróć się, plemię żmijowe! – bowiem zstąpił już ogień, i siekiera, i wiejadło. Oto sprowadzę was wszystkich pod Har-Magedon, a zatrzęsie się ziemia pod waszymi namiotami, tak mocno, jak jeszcze nigdy dotąd się ziemia nie trzęsła! Będziecie prosić, aby was  ziemia pochłonęła, ale Ja sprawię, że ziemia od was ucieknie, a wy będziecie się topić w morzu ognia, dymu, siarki i krwi.

To mówi Pan:
Nie ostoi się nic podłego i niegodziwego. Wszystkich was wywlokę z waszych zmyślnych kryjówek - w samo południe - a ujrzą waszą nagość, i hańbę, i sromotę. Wasze gniazda rozpadną się jak karciane domki. Opustoszeją śmietniki, a nawet tam nie znajdziecie okruchów pożywienia. Strącę słońce na wasze głowy, a księżyc zapłacze krwawymi łzami nad waszym losem. Zgasną wszystkie gwiazdy, a nie odróżnicie nocy od dnia. Pochwycę wasze poskręcane ciała w rozpalone kowalskie kleszcze, a rozciągnę je, aż po krańce ziemi. Przetrzebię was jurne knury, a będziecie niby wieprze, jak padlina, rzucone psom i ptactwu na pożarcie. Założę rozbrykanym buhajom kółka na nosy, a pójdą pokornie, jak bydło na rzeź. Zakuję waszych głupich przywódców w łańcuchy, i to oni będą tańczyć jak niedźwiedzie - na rozpalonych blachach. Sprawię, że na widok błazna wszyscy będą płakać. Wybiję dzikie zwierzęta i uciszę rozhukane morskie bałwany, i nikt już nie powie: Na rabunek! I nikt już nie powie: Oddaj!

Głos mój, który brzmiał niby harfy Boże, nabierał mocy, stawał się potężny i donośny jak ryk lwa; jak ECHO odbijał się od ucha do ucha; jak rozpalona, ognista kula, szybował pośród rozległych złotych świeczników. Wszystkim się zdawało, że to harfy wciąż grają, a to ECHO grało...

piątek, 06 lipca 2007, har_magedon

Polecane wpisy

  • Lista wpisów:

    Skurwysyny diabły, w nocy z 28. 02. na 1.03. 2009 (wydawało mi się, że jest 26-27) napadliście na mój dom. Wygłądało to tak jak opisywał Profesor Jan Pająk. Jak

  • Arystofanes, Sokrates i Diotyma (cz.1a).

    Platon. Dialogi. (przekład Władysław Witwicki) Unia Wydawnicza „Verum”, Warszawa 2007. dostępne on-line:   http://www.katedra.uksw.edu.pl/plato

  • Arystofanes, Sokrates i Diotyma (cz.1b).

    [...] Kiedy Agaton skończył, wszyscy, powiada Arystodemos, zaczęli głośno objawiać zachwyt, że młody człowiek tak doskonale mówił, tak jak i jemu wypadało chwal

Komentarze
Gość: dariusz, *.rybnet.pl
2007/07/19 11:49:03
Pięknie napisane .
Brawo.
Też tak myśle.